Wyszliśmy za Jamesem na wąską, zacienioną uliczkę tuż obok stojących przy ścianie skrzyń. Miałem nadzieję, że tubylcy nas nie zauważą.
- To gdzie ukrywają pozostałych? - zapytałem Jamesa, który stanął pośrodku uliczki i rozejrzał się uważnie, po czym wrócił za skrzynie, by nie być na widoku. Spojrzał na mnie swoimi groźnymi oczami, jakby zastanawiał się, czy odpowiedzieć, czy nie.
- Widziałeś miejsce, gdzie miasto styka się ze skalną ścianą? - zapytał mnie cicho, a GoGo odetchnęła głośno.
- Ja widziałam - powiedziała, a ja popatrzyłem na nią ze zdziwieniem, choć, gdy GoGo przebiegała nad budynkami, zapewne mogła zauważyć coś, czego ja nie zauważyłem.
- A co z waszymi koleżkami? - spytał nas James, krzyżując ręce. Przez moment niemal zapomniałem o reszcie moich przyjaciół, czekających na nas bezpiecznie w jednym z zewnętrznych budynków. Do głowy przychodziła mi tylko jedna opcja, na którą nie chciałem się zgodzić.
- GoGo... - zacząłem, ale dziewczyna spojrzała na mnie zaskoczona i wściekła, po czym zerknęła z nieufnością na Jamesa.
- Nie - powiedziała twardo, a James spojrzał w bok, znów na główną ulicę, bojąc się ataku mieszkańców miasta, którzy prawdopodobnie go poszukiwali. Wziąłem GoGo na bok i zaczęliśmy rozmawiać przyciszonymi głosami, choć przestępca pewnie i tak nas słyszał.
- Go, dobrze wiesz, że nie mamy wyboru - powiedziałem jej, ale dziewczyna wyglądała na oburzoną, że proponuję jej coś takiego.
- Hiro, nie zostawię cię z nim - warknęła, nie zwracając uwagi na to, czy James ją usłyszy czy nie. Przestępca tymczasem opierał się o drewniane skrzynie, które wydzielały dziwny, piżmowy zapach w swoim porozdzieranym i pozaszywanym na szybko stroju, który pomimo szkaradnego wyglądu musiał być funkcjonalny, bo miał wiele kieszeni, w których James mógł ukrywać broń.
- W takim razie chcesz, żebyśmy to załatwili we dwójkę? - zapytałem ją, patrząc jej w ciemnobrązowe oczy. GoGo zawahała się. - Przecież wiesz, że potrzebujemy pomocy pozostałych. Poza tym im dłużej przebywają w jednym miejscu, tym łatwiej mogą ich znaleźć...
- Dobra - warknęła GoGo, nie patrząc ani razu na Jamesa, jakby ignorowała jego obecność. - Powiedz mi tylko, czy mamy podkraść się niezauważenie i wolno, czy szybko i głośno? - mruknęła pod nosem, a ja pomyślałem szybko nad jej odpowiedzią.
- Dalsze ukrywanie nie ma już sensu - powiedziałem wolno, wiedząc, co może wyniknąć z takiego obrotu sprawy. Ryzykowaliśmy i to bardzo, bo nie wiedzieliśmy, ile mieszkańców liczy miasto, a jeśli zobaczą lecącego nad budynkami Baymaxa, natychmiast przygotują się do ataku. To da nam najwyżej pół godziny. - Opowiedz im o wszystkim.
- Okej - odpowiedziała GoGo i po raz pierwszy spojrzała za siebie, na Jamesa, który bawił się swoim nożem. Nie ufałem mu, ale nie mieliśmy innego wyboru. Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, przypomniałem sobie. Oby było tak i w tym przypadku.
Dziewczyna spojrzała na mnie, a jej twarz zmieniła się. Spoglądała na mnie z troską, jakby nie chciała zostawiać mnie w towarzystwie przestępcy. Poczułem ciepło rozchodzące się po moim całym ciele, gdy widziałem, że się o mnie martwiła.
- Uważaj na siebie, Hiro - powiedziała cicho, po czym objęła moją szyję, przytulając mnie mocno. Bez zastanowienia odwzajemniłem uścisk, modląc się, by nikt nie zauważył GoGo i żeby nie był to nasz ostatni uścisk. Nie wybaczę sobie, jeśli coś jej się stanie. Od razu przypomniały mi się słowa Honey. "Boisz się straty, Hiro." Tak, panicznie bałem się stracić GoGo.
- Ty na siebie też - wyszeptałem, a GoGo uśmiechnęła się szybko, po czym przeszła obok Jamesa, obserwując go uważnie i wspięła się na drewniane skrzynie, by dostać się na niski dach budynku. James spoglądał ze zdziwieniem, jak dziewczyna w ułamku sekundy znalazła się nad nami.
Usłyszeliśmy cichy świst kół GoGo i dziewczyny już nie było. Miałem nadzieję, że plan się powiedzie. Tylko jak przenieść tak wielu mężczyzn na powierzchnię bez walki z tubylcami? Nie chciałem rozlewu krwi, chciałem się stąd wydostać i zakończyć tę cholerną misję.
- To twoja dziewczyna? - zapytał James z ponurym uśmiechem, wskazując na miejsce, w którym kończył się dach, gdzie widzieliśmy GoGo po raz ostatni. Czułem, że się czerwienię na samą myśl o tym, że ja i Go moglibyśmy być parą.
- Nie, skąd - mruknąłem, a usta Jamesa wygięły się w jeszcze szerszym uśmiechu. - Jak zamierzasz się tam podkraść? - zapytałem go zamiast tego, zmieniając temat. Przestępca stanął prosto, zmieniając swoją wyluzowaną pozę.
- Tak, jak zakradłem się tutaj. - wzruszył ramionami, przyglądając mi się. - A ty masz jakiś pomysł?
- Pewnie, że mam - uśmiechnąłem się, po czym wyjaśniłem Jamesowi to, co właśnie wymyśliłem.
Miałem promień, więc mogłem bez problemu badać kolejne ulice i sprawdzać, czy przypadkiem nie są patrolowane przez uzbrojonych tubylców, poszukujących Jamesa. Wtedy przejście przez miasto poszłoby nam o wiele szybciej, niż normalnie i oczywiście byłoby bardziej bezpieczne. Jednak, gdy próbowałem przekonać Jamesa, ten tylko roześmiał się, ukazując żółte zęby.
- Chyba nie wierzysz, że uwierzę w coś takiego - odparł, komentując to, co powiedziałem mu o moim promieniu. - Jesteście agentami? A nie jaki...
Zanim zdążył mówić, ja wcisnąłem przycisk na moim nadgarstku, a oczy Jamesa otworzyły się gwałtownie, jakby zobaczył cud. Cóż, oznaczało to tyle, że mój wynalazek działał. Zanim przestępca zdołał cokolwiek powiedzieć, wyłączyłem promień, pozostając znów w normalnej widoczności, nie zahamowanej przepływem promienia. Miałem nadzieję tylko, że mnie nie zawiedzie, gdy będę go potrzebował.
- Ta firma musi was nieźle wyposażać - mruknął James z błyskiem w oku. Przez chwilę miałem wrażenie, że mężczyzna zaczyna się zastanawiać, co zrobiłby z takim sprzętem, gdyby miał go w użyciu.
- To nie nasza "firma" - powiedziałem z uśmiechem, robiąc cudzysłów palcami. - Sam to zrobiłem. Dobra, chodźmy już, zanim...
- Chwila - zatrzymał mnie James, zdziwiony chyba jeszcze bardziej niż gdy ujrzał mnie niewidzialnego. Jego szare oczy wydawały się niepewne - całkiem inne, niż gdy mnie zaatakował. Żądza mordu najwyraźniej w nim osłabła. Nie zamierzałem jednak uniknąć tematu. Może i wiedziałby więcej o tym, co potrafię, ale w równej mierze wiedziałby, że nie warto ze mną zadzierać. - Ile ty masz? Piętnaście?
- Szesnaście - poprawiłem go.
- I sam stworzyłeś coś takiego? - zapytał James, wcale nie interesując się tym, czy ktoś go usłyszy, czy nie. Na jego szczęście ulice wciąż pozostawały puste. Wzruszyłem ramionami.
- Chcesz mnie jeszcze poobrażać, czy może lepiej już ruszymy? - zapytałem go, a James się uśmiechnął. Poczułem dziwne drgnięcie tam w środku. Może był przestępcą, zabijał, pewnie robił jeszcze inne niemoralne rzeczy, ale wydawał mi się zwykłym człowiekiem, wbrew temu, że wciąż miałem przed oczami jego wsadzony do bocznej kieszeni spodni nóż.
James już bez dalszych protestów zgodził się na mój pomysł. Wyszliśmy więc na główną ulicę, a przestępca od razu schował się w cichy zakamarek. Przebiegłem do końca uliczki, aż do rozwidlenia, oczywiście korzystając z promienia, po czym, gdy upewniłem się, że nasze przejście jest puste, wyłączyłem promień i dałem Jamesowi sygnał ręką. Robiliśmy tak kilka razy, a całość trasy przeszliśmy w jakiś kwadrans. Całe szczęście nie spotkaliśmy po drodze żadnych tubylców, co tylko upewniało mnie w tym, że mieszkańców musi być niewielu. Gorzej, jeśli tamta dwójka ruszyła w kierunku miejsca, w którym znajdowali się moi przyjaciele, pomyślałem i poczułem na plecach dreszcz strachu. Nie, na pewno dadzą sobie radzę. Jeśli jest ich tylko dwójka, to nieważne, czy są uzbrojeni po zęby, czy nie, moi przyjaciele na pewno dadzą sobie radę, powtarzałem sobie.
Po kilku przejściach w końcu zobaczyłem ostatni skręt według Jamesa, za którym skalna ściana błyszczała złotem i srebrem w promieniach słońca. Był to najzwyklejszy granic, rzeźbiony prawdopodobnie wprawnymi dłońmi, ale w świetle słońca, unoszącego się jeszcze nad wylotem tunelu nad nami wyglądał, niczym drogocenny minerał. Gorzej, jeśli niedługo to samo słońce, które oświetla koniec miasta, schowa się za bokiem góry, a my znowu zostaniemy pogrążeni w tej samej ciemności, w której byliśmy, gdy maszerowaliśmy jeszcze w tunelach ozdobionych malowidłami. Wtedy nasze szanse jakiejkolwiek obrony staną się naprawdę małe...
- To jak, gdzie ich trzymają? - zapytałem, gdy James stanął obok mnie, dysząc. Chyba nie miałem tak złej kondycji, skoro kilka dni ciągłego marszu i stresu połączony z czasowym bieganiem i krótkimi drzemkami jeszcze nie rozłożył mnie na łopatki, a jedynie spowodował ogólne osłabienie.
Przestępca rozejrzał się jeszcze czujnie swoimi przerażającymi oczami, po czym wskazał palcem naprzeciw siebie wprost na ścianę.Z tej odległości potrafiłem zobaczyć tylko niewielkie wejście, przez które mógłbym przejść razem z Baymaxem. Poza tym nic nie potrafiłem dostrzec, a światła mieliśmy coraz mniej. Zaraz w ogóle nie będziemy go mieć.
- Trzymają ich w tamtym tunelu. - wydyszał w końcu James, patrząc na mnie uważnie. - Na pewno chcesz tam iść? - zapytał, jakby wystawiał mnie na próbę.
Pomyślałem, że jeśli znajdę się za tamtą skalną ścianą, to być może będę otoczony samymi wrogami. Zamknąłem na sekundę oczy, myśląc gorączkowo. Nie miałem już odwrotu, ale mogłem tylko uderzyć lekko w sumienie Jamesa, o ile jeszcze je miał. Poza tym byłem im potrzebny, beze mnie stąd nie wyjdą.
- Chcę wam pomóc - powiedziałem, patrząc na mężczyznę, który w ciągu kilku sekund mógłby mnie zabić.
James nie zrobił nic - ani się nie uśmiechnął, ani nie spoważniał. Jego mina pozostała tak obojętna, że zacząłem się zastanawiać, czy ten facet w ogóle coś czuje. Cóż, miałem nadzieję, że nie był na tyle wyrachowany, by zabić szesnastolatka na podobno opuszczonej wyspie.
- To do dzieła - mruknął tylko, patrząc znów na ścianę.
Przeszliśmy wzdłuż kamiennych łuków, rzeźbionych w starojapońskim stylu, który miał co nieco z kultury bizantyjskiej. Najwyraźniej umysły naszych przodków, jak i umysły starożytnych Europejczyków musiały mieć ze sobą coś wspólnego, by nawet budować podobnie. Gdybym miał więcej czasu, być może bym je nawet popodziwiał, ale czekało nas ważne zadanie. James prowadził mnie spiesznym krokiem wzdłuż tunelu, który według jego słów miał się skończyć kilkaset metrów dalej. Było to tylko przejście do rozmieszczonych w skałach cel, z których przestępcy nie mieli żadnej drogi ucieczki. Oczywiście, nie spodziewałem się, że nikt nie będzie pilnował cel, ale miałem nadzieję, że tubylców będzie w tym miejscu mniej. Moje zdziwienie było ogromne, gdy zauważyłem dwudziestu ludzi uzbrojonych w dzidy, włócznie, piki, stalowe noże z ząbkowanymi brzegami i nieszczególnie wyróżniającymi się szablami. Ubrani byli jak reszta w ciemne, poprzecierane skóry, odkrywające ich ramiona i nogi. Niektórzy z nich mieli na piersi pasy, w których umieszczone były pochwy na drobne noże i ostrza.
Ukryliśmy się z Jamesem za rogiem, obserwując wszystko z daleka. Nie, to się nie dzieje naprawdę...
Jeden z tubylców wstał i zaczął coś wykrzykiwać do stalowych, krzywych krat, przecinających połowę niewielkiej przestrzeni w tunelu, naprzeciw nich. Za kratami widziałem umęczone twarze więźniów, którzy najwyraźniej byli przyzwyczajeni do takich zachowań barbarzyńców. Dziwnym trafem z więzienia zostali "eskortowani" do więzienia...
Patrzyłem na dwudziestkę rosłych mężczyzn, zastanawiając się, jak ich pokonać. Jak pokonać wiele osób jednym ruchem... Honey! Zaraz pomyślałem o różowej torebce przyjaciółki, która byłą śmiercionośna bronią w starciu z jakimkolwiek ciałem fizycznym. Wystarczyły tylko odpowiednie związki chemiczne, by zatrzymać nawet kilkudziesięciu wojowników. Oby tylko miała wystarczająco dużo pierwiastków do stworzenia czegoś takiego...
- Musimy wrócić - wyszeptałem do Jamesa, a raczej poruszyłem ustami, a przestępca zmarszczył brwi z wyrazem gniewu i strachu. Dopiero po chwili zrozumiałem, jak mógł to odebrać - że chcę ich opuścić, że zrywam umowę z Jamesem. Zanim zdążyłem się usprawiedliwić, cofnąłem się na taką odległość, że akurat tubylcy, którzy wchodzili do tunelu, zapewne by dołączyć do pozostałych, zauważyli mnie i wykrzyknęli coś w gniewie.
Jesteśmy w pułapce, wykrzyknąłem do siebie w myślach, wściekły na swoją głupotę. Tamci zareagowali wolno, rozglądając się na razie, podczas gdy ta dwójka, która prawdopodobnie wtedy patrolowała teren, gdy zobaczyliśmy ich z GoGo, wyrzuciła w powietrze ostrza, które miały mnie ugodzić. Miały, bo w ostatniej chwili włączyłem tarczę, osłaniając się przed śmiercionośnymi broniami. James spojrzał na mnie zaskoczony, jakby spodziewał się, że zginę na miejscu. W tym momencie tamci spostrzegli nas i zaczęli biec w naszymi kierunku, zaalarmowani okrzykami swoich towarzyszy.
Myślałem tylko o tym, że zaraz zginę, gdy nagle dwójka, która wszczęła alarm i zaatakowała nas jako pierwsza zginęła w białej parze, która przejęła ich ciała i skleiła niczym blady klej. Tubylcy zaczęli wykrzykiwać coś z przerażeniem i wściekłością, ale ja poznałem ten dziwny twór, który przykleił ich do podłoża. Biała maź sięgała im aż do nieogolonych bród, zatrzymując także ich ręce, wciąż trzymające włócznie i noże.
Trąciłem Jamesa, ciągnąc go za sobą w stronę unieruchomionych, wiedząc dobrze, że za nimi na pewno są moi przyjaciele. Potrzebowaliśmy instynktu chemicznego Honey, by powstrzymać tubylców, jednocześnie nie raniąc ich.
Słyszałem świst broni tuż za mną, ale nie zatrzymywałem się. James biegł tuż za mną, słyszałem jego oddech. Przebiegliśmy obok dwójki tubylców, po czym niemal natychmiast zauważyliśmy moich przyjaciół, którzy wycofywali się z tunelu. Dobrze, pomyślałem z entuzjazmem. Będziemy mieli większe szanse, niż przy bezpośrednim ataku w ciasnych korytarzach.
- Hiro, szybciej! - usłyszałem krzyk GoGo, a moje płuca domagały się powietrza. Tunel był wygięty w łuk, co ułatwiało nam ucieczkę, ale nie ułatwiało nam ocenienia dystansu. James męczył się szybciej, ale nie zaprzestawał biec, wiedząc, że jeśli się zatrzyma, może już nie mieć okazji zaczerpnąć tchu.
Wybiegliśmy z tunelu, chowając się za wejściem, niemal z poślizgiem. James po jednej - ja po drugiej stronie. Obok mnie stała Honey, czujna, gotowa do ataku. Choć jej noga uginała się lekko, co wskazywało na zranienie kostki, to i tak trzymała się dzielnie, mieszając składniki w swojej torbie. Widziałem pot na jej czole, sugerujący olbrzymi stres, jaki na nią spadł.
- Honey, szybciej - mruknął do niej Wasabi, który wpatrywał się, jak jej błyskawiczne dłonie tworzą kolejne związki. Naprzeciw, po drugiej stronie wejścia stała GoGo, patrząca szeroko otwartymi oczami na przyjaciółkę oraz Baymax i Fred, który czaił się przy wejściu, jakby miał zaraz zaatakować. James klęczał za nimi, nabierając głośno powietrza do zmęczonych płuc.
- Gotowa? - wykrzyknął Fred, gdy krzyki tubylców odbijały się od ścian korytarza głośnym echem, dudniącym w uszach. Nie wiedziałem, co chcą zrobić, wszystko działo się tak szybko.
Honey obróciła się i skinęła na Freda, biorąc w dłonie białe kule, te same, które musiała rzucić w dwójkę, która nas zaatakowała. Blondynka rzuciła nimi tuż nad wejściem w chwili, gdy tubylcy wybiegli z tunelu, niesieni echem swoich głosów. Fred zionął ogniem, korzystając ze swojego stroju i jego funkcjonalności, trafiając idealnie w rzucone przez Honey kule. Białe pociski prysnęły niczym śnieżna mgła, po czym opadła na wojowników, dusząc ich swoją mocą. Wasabi złapał mnie i Honey za ramię, po czym pociągnął w tył, gdy mgła zbliżyła się do nas niebezpiecznie blisko. Pomyślałem zaraz o naszych przyjaciołach, stojących naprzeciwko. Czy tez umkną przed białym pyłem Honey?
- Co to jest? - wykrzyknąłem do przyjaciółki, wpatrując się, jak biała maź oblepia tubylców, przyklejając ich do podłoża.
- I tak byś tego nie zrozumiał - mruknął Wasabi, po którym widać było, że zachowuje zimną krew, nawet w obliczu takiej sytuacji.
Mgła opadała wolno, a tubylcy wpatrywali się w nas z nienawiścią, krzycząc coś, czego raczej wolałbym nie rozumieć. Czwórka z nich zatrzymała się przed mgłą, ale Honey zamachnęła się na nich i rzuciła dwie ostatnie białe kule, trafiając idealnie. Niestety, przy rzucie potknęła się i upadła na kolana, sycząc z bólu.
- Honey! - krzyknąłem, pomagając jej wstać. Przyjaciółka złapała się za moje lewe ramię i prawe ramię Wasabiego i jęknęła z bólu, podnosząc się. W kącikach jej oczu pojawiły się łzy. Najwyraźniej bandaż na kostce ani trochę nie unieruchomił jej rannej kości. - W porządku? - zapytałem, martwiąc się o nią. I tak już wiele wycierpiała podczas podróży.
Gdy mgła opadła, zobaczyliśmy naszych przyjaciół i Jamesa, stojących naprzeciwko, za rozbrojonymi wojownikami. Jeden z nich jeszcze trzymał w dłoni broń, po czym rzucił ją, celując w Freda. Krzyknęliśmy wszyscy, chcąc uchronić przyjaciela przed zgubą, gdy Fred zionął ogniem jeszcze raz, uskakując przed atakiem. Nóż stopił się w powietrzu, a jego płynna konsystencja wraz z rękojeścią noża wbiła się w ziemię, jako ostatni dowód rozgrywającego się ataku. GoGo podbiegła do nas jako pierwsza, obiegając dokoła nieruchomych tubylców, zakrzykujących coś dalej w gniewie.
- Honey, co się stało? - zapytała, oglądając dokładnie jej kostkę. Fred dobiegł zaraz za nią, przyglądając się Lemon z troską.
- Słuchajcie, musimy uwolnić tamtych - powiedziałem, wskazując na tunel, do którego najchętniej nie chciałem wracać. Spojrzałem na Wasabiego. - Dasz rade przeciąć kraty?
- Chcesz mnie obrazić, Hiro? - spytał Wasabi, włączając swoje ostrza. James dołączył do nas, patrząc na naszą szóstkę z szokiem. Baymax zaczął opatrywać ranną kostkę Honey, ignorując to, o czym rozmawialiśmy. Dla niego zdrowie i opieka nad Honey stały się czynnościami nadrzędnymi, zwłaszcza przy takich warunkach.
- Dobra, Go, pójdziesz z nim? - zapytałem, aby się upewnić.
- Ja też pójdę - zgłosił się Fred, a ja kiwnąłem głową, ignorując zszokowane i pełne podziwu spojrzenie Jamesa.
- Okej, ja zostanę z Honey i Baymaxem. James, poprowadzisz ich? - zwróciłem się do mężczyzny, stojącego za moimi przyjaciółmi. Wszyscy spojrzeli na niego, jakby zobaczyli go po raz pierwszy, choć pewnie w niektórych przypadkach tak było Wasabi zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Najwyraźniej nie aprobował współpracy z przestępcami z zakładu.
James zamknął w końcu usta i kiwnął głową, znów stając się tym samym groźnym i nieustępliwym człowiekiem, którego poznaliśmy razem z GoGo. Myślę, że zdobyliśmy jego zaufanie, gdy atak Honey wypalił.
- Chodźcie - mruknął tylko, ruszając truchtem w stronę tuneli z niezbyt zadowoloną miną. Najwyraźniej wolał tam nie wracać.
GoGo rzuciła mi tylko krótkie spojrzenie, po czym ruszyła za Wasabim i Fredem, którym bez problemu udało się dogonić Jamesa. Współczułem więźniowi - w końcu, gdy tylko wróci, czeka go dalsza praca w zakładzie. Dziwne, ale chyba przyzwyczaił się do tej myśli. Miałem nadzieję, że będą traktowali go dobrze, nawet jeśli sobie na to nie zasłużył tym, za co dostał wyrok.
Przykucnąłem koło Honey, ignorując krzyki tutejszych. Oby nie zwołali większej ilości mieszkańców, bo będziemy mieli problem. Baymax uwijał się szybko, oplatając szczupłą nogę Honey kolejnym bandażem. Łzy ciekły po bladych policzkach dziewczyny.
- Wybacz, Honey - powiedziałem, kładąc jej rękę na ramieniu. - Nie powinienem cię narażać.
- Hiro, przecież tylko dzięki tobie ta misja się udaje - powiedziała, patrząc na mnie wielkimi, zielonymi oczami. - Inaczej dalej tkwilibyśmy w tunelach, albo łazili po powierzchni. - starłem łzy z policzków przyjaciółki troskliwym ruchem. Honey naprawdę była dla mnie jak starsza siostra, dlatego bolało mnie, gdy widziałem, jak ból powoduje u niej łzy. - Nie masz żadnych środków przeciwbólowych, co Baymax? - spytała, a robot spojrzał na nią i pokręcił głową.
- Przykro mi, Honey. Nie powinnaś brać ich teraz. Możesz się po nich źle poczuć. - Honey sapnęła tylko cicho, a ja nie zrozumiałem o co chodzi Baymaxowi. Pewnie chodziło mu o tę sytuację - środki przeciwbólowe mogły w jakiś sposób wpłynąć na refleks dziewczyny, który teraz był dla nas niezwykle cenny. - Musisz wytrzymać.
- Zrobię to - powiedziała poważnym tonem, a Baymax zawiązał jej bandaż wokół kostki, która teraz wyglądała na dwa razy grubszą.
- Honey - zacząłem, patrząc na pięść Baymaxa. - Powiedz mi, że masz jeszcze te pierwiastki, którymi rzuciłaś w tamtych - poprosiłem, a przyjaciółka skinęła głową, próbując nie skupiac się na bólu w kostce.
- Tak, a co?
- Mogłabyś wytworzyć jeszcze co najmniej dwie takie kule? - zapytałem ją, kombinując w tym samym czasie. Złapałem Baymaxa za dłoń i ściągnąłem mu rękawicę, którą mógł strzelać. Honey bez protestu wzięła w swoje cienkie palce torebkę i zaczęła znów mieszać te same składniki. Gdy skończyła i podała mi kule, spojrzała z ciekawością na rękawice Baymaxa, którą zaczynałem szybko przerabiać.
- Co robisz? - zagadnął mnie Baymax.
- Robię z tego broń - odparłem krótko, wplątując kule między czerwone żyłki w czaszy pięści. Honey oglądała to z rosnącym zainteresowaniem.
- Nie wolno mi krzyw... - zaczął Baymax, ale przerwałem mu.
- A widzisz, żeby oni byli skrzywdzeni? - zapytałem, kiwając głową w kierunku sklejonych z twardym gruntem wojowników, którzy próbowali wydostać się wciąż z białej substancji Honey, która wyglądała teraz jak śnieg, pokrywając twarze niektórych. - Chyba mi ufasz, nie? - robot skinął głową, choć nie potrzebowałem odpowiedzi. Baymax ufał każdemu. - Honey, jak długo działa ta substancja?
- Maksymalnie dobę. A co? - zapytała, a ja pokręciłem tylko przecząco głową. Tule czasu wystarczyło, byśmy zdołali uciec, a przynajmniej miałem taką nadzieję.
Założyłem Baymaxowi na rękę ponownie rękawicę, ustawiając ją dokładnie.
- Pasuje? - zapytałem.
- Tak, Hiro. Czy gdy strzelę... - zaczął, a ja odpowiedziałem szybko za niego.
- Tak. Możesz strzelić niedaleko kogoś, kto nas zaatakuje, a substancja powinna wybuchnąć pod wpływem żaru. Chyba tak to zadziałało, nie, Honey? - zapytałem ją, a przyjaciółka roześmiała się.
- Nie powinieneś studiować ze mną rozszerzonej chemiofizyki zamiast robotyki? Zastanów się.
- Raczej podziękuję - odpowiedziałem, a Honey znów zachichotała. Dobrze było słyszeć jej śmiech, który nieco mnie uspokoił. Zawsze mogłem na nią liczyć, ale wolałem ją odpychać, bojąc się, że pozna mnie zbyt dobrze. I miałem rację. Nawet to nie ukryło się przed Honey, choć stale ukrywało się przede mną samym.
Słońce musiało być jeszcze na widnokręgu wyspy, ale my już go nie dostrzegaliśmy. Zniknęło za krawędziami okrągłego wylotu z miasta. Ciekaw byłem, czy wygasły wulkan, w którego wnętrzu znajdowało się miasto, choć widoczny z góry, wciąż skrywał miasto przed światem zewnętrznym niczym skarb. Odpowiedź była prosta - Agenda przelatując nad nią nawet nie zwróciła uwagi na górę z wydartym szczytem, jakby wielka bestia drasnęła ją swoimi szponami. Innej opcji nie widziałem, a wątpię, żeby Agenda specjalnie nie odkryła miasta położonego w środku wulkanu, w którym skrywali się tubylcy.
Światło już dawno znikło, zostawiając nas w widnym odbiciu słońca, które schowało się przed naszymi pełnymi nadziei spojrzeniami. Z minuty na minute martwiłem się o moich przyjaciół coraz bardziej. Ich poszła tam trójka, przeciwko Jamesowi i reszcie przestępców. Co jeśli James zwróci swoich towarzyszy przeciwko moim przyjaciołom?
- Dobrze zrobiłeś, ufając temu facetowi - powiedziała Honey, jakby czytała mi w myślach. Patrzyła na mnie uważnie swoim szmaragdowym wzrokiem, przed którym chyba nic nie mogło się skryć. - Wasabi nie był tym zachwycony, GoGo też nie, ale ja wiem, że postąpiłeś słusznie.
- Nie ufam mu - zaprzeczyłem twardo, choć nie byłem tego do końca pewien. - Poza tym wątpię, że był to słuszny wybór.
- Jedyny, jaki miałeś - podsumowała Honey, przytakując mi.
Obróciliśmy się w stronę wejścia do tunelu, z którego wybiegali już nasi przyjaciele, a za nimi pełno ludzi ubranych tak, jak James, który biegł równym tempem obok Wasabiego. Mężczyźni stanęli jak wryci, patrząc na tubylców oblepionych związkiem Honey, którzy wierzgali się jeszcze bardziej, jakby rozwścieczyło ich to, że ich jeńcy uciekli.
Tymczasem Fred, GoGo, Wasabi, a nawet James dołączyli do nas, oddychając szybciej.
- Jak poszło?
- Szybko - odpowiedział Wasabi z uśmiechem, opierając się o swoje nogi.
- Jak zamierzacie się stąd wydostać? - zapytał nas od razu James, obserwując szarymi oczami. Towarzysze jego celi stali w tym samym miejscu, przy wejściu, jakby nie byli zbyt skorzy do współpracy. - Tunelami?
- Nie, dogonią nas - wtrąciła się GoGo, występując naprzód. - Ich tu jeszcze trochę jest.
- Ma rację. - powiedział James. - Co najmniej tysiąc, tylko są w innych częściach wyspy. Jeśli szybko się stąd nie zwiniemy, to zdążą dołączyć do tych - przestępca wskazał ruchem głowy na złapanych przez nas tubylców.
- Chwila, są jeszcze inne miasta? - zapytałem z szokiem i przerażeniem. Czyli ten koszmar zwany misją trwał nadal...
- Nie miasta - powiedział James, zacierając ręce. - Osady. Ale tam nie trzymają żadnych jeńców, byliśmy im potrzebni tylko tu, bo tu mają świątynię. Składali pojedynczo jednego z nas w ofierze każdej pełni. - przypomniałem sobie, że James wspominał już o tej pełni. Czy to miało coś wspólnego z religią mieszkańców?
- Przerażające - skomentowała tylko Honey z szeroko otwartymi oczami. No tak, GoGo pewnie nie zdążyła im przekazać tego drobnego szczegółu. Być może dzięki temu moi przyjaciele nabiorą wrażenia, że są potrzebni tym ludziom, skoro wcześniej nie byli zbyt przekonani co do pomocy przestępcom, zesłanym na Isla Menor.
- Jak stąd uciekniemy? - zapytał zamiast tego Wasabi, nachylając się, by pomóc wstać Honey. Zastanawiałem się nad tym, wiedząc, że na moją odpowiedź czekają nie tylko moi przyjaciele, ale także nieufni, przysłuchujący nam się przyjaciele.
- Wasabi, wyciąłeś całą kratę z celi? - zapytałem zamiast tego mojego przyjaciela, który zmarszczył z zastanowieniem brwi.
- Tak, a co?
- Chyba mam plan - powiedziałem na głos, szukając możliwych alternatyw, jeśli mój plan by mi się nie udał. Dla pewności spojrzałem w górę, obliczając wielkość wylotu i wysokość, na którą musielibyśmy się wspiąć, by wydostać się z miasta.
Planuję następnym rozdziałem zakończyć już Isla Menor :D zobaczymy, czy mi się to uda, trzymajcie za mnie kciuki ;)
12/20/2015
12/13/2015
Współpraca z zamian za zaufanie
Przeszedłem przez puste ulice, rozglądając się dokoła uważnie. Poza tą dwójką w tunelu, nie widziałem nikogo innego, jakby mieszkańcy wyczuli moją obecność i schowali się przede mną w swoich murowanych domach. A propos, zauważyłem też, że wszystkie budynki były zbudowane w ten sam sposób - miały jedno piętro i nie posiadały żadnych okien, jedynie grube, drewniane drzwi. Na miasto opadła niepokojąca cisza, która niemal przygniatała mnie do podłoża. Czułem się, jakby każdy mnie obserwował, choć przecież byłem tu najprawdopodobniej sam.
Po pewnych próbach zajrzenia do kamiennych domów, upewniłem się, że zewnętrzne budynki miasta są opuszczone, jakby miały służyć jako pułapka dla ludów, które chciałyby splądrować miasto- zanim napotkaliby pustki w pierwszych mieszkaniach, zapewne mieszkańcy wszczęliby alarm. Sprytne...
Pomyślałem, że świetnie się składa, bo właśnie w jednym z tych pustych mieszkań moglibyśmy się ukryć, przynajmniej do czasu, aż obmyślimy jakiś sensowny plan.
Wróciłem więc szybko do moich przyjaciół tą samą szczeliną, którą wślizgnąłem się do starożytnego miasta. Modliłem się tylko, by tubylcy nie odnaleźli moich przyjaciół.
Szedłem w całkowitej ciemności, dotykając prawą dłonią ściany z malunkami. Pamiętałem, że przejście, w które się ukryliśmy znajdowało się po lewej stronie, dlatego wracając szedłem wzdłuż prawej ściany.
- Hiro, to ty? - spytał Wasabi. Chciałem kiwnąć głową, ale przypomniałem sobie, że i tak nikt by tego nie zobaczył.
- Tak - odpowiedziałem. - Jesteście wszyscy?
- Tak - syknęła GoGo. - Co tak długo?
Zatrzymałem się dopiero, gdy wszedłem w Baymaxa.
- Zapalcie światło, odzwyczaiłem się od chodzenia po ciemku - mruknąłem, zachowując równowagę.
- Dobra, opowiadaj. - przerwał Wasabi z nieskrywaną ciekawością. - Co tu się dzieje?
- Ten lud... Oni tu mają miasto. Nie wiem, jakim cudem Agenda to przeoczyła. Myślę, że powinniśmy to sprawdzić.
- Ale jak to miasto? Pod ziemią? - zapytała za zdziwieniem z głosie Honey.
- Tak. Myślę, że powinniśmy to zbadać. Mam przeczucie, że to coś ważnego...
- Hiro - wtrącił się Wasabi gniewnym głosem. - Ty w ogóle pamiętasz, że Honey ma coś z nogą? Poza tym mieliśmy odstawić przestępców z powrotem do paki a nie pakować się w jakieś kłopoty.
- Wasabi ma rację - powiedziała GoGo markotnie. W końcu Fred, który najwyraźniej wysłuchał moją prośbę, zaświecił latarkę, po czym zakrył jej wylot dłonią, by dawała mniej światła. Mimo to moi przyjaciele i tak zostali oślepieni przez blask, od którego się odzwyczaili.
- A ja jestem za pomysłem Hiro. - powiedział Fred wprost, a reszta spojrzała na niego ze zdziwieniem, mrużąc oczy zapewne od światła. - W końcu jesteśmy Wielką Szóstką, a nie bandą najemników Agendy.
- Dzięki, Fred - skomentowałem, nasłuchując przy tym, czy dwójka tubylców nie wraca. Bylibyśmy w sporych opałach, gdyby ktoś nas nakrył. Wtedy nie potrzebowalibyśmy już głosowania.
- Słuchajcie - wtrąciła się Honey, stojąca na jednej nodze pod ścianą. - Myślę, że powinniśmy zaufać Hiro. W końcu gdyby nie on, ani na chwilę nie bylibyśmy blisko tego miejsca.
- I to ma być argument? - prychnęła GoGo żartobliwie.
- Nie, ale gdybyśmy go nie posłuchali, nie znaleźlibyśmy właściwej drogi. - mówiła dalej spokojnie blondynka.
- Coś w tym jest, Go - mruknął niechętnie Wasabi. - Rozgryzł mapę.
- A ty, co myślisz, Baymax? - zagadnąłem robota, który jak zwykle słuchał cierpliwie naszych kłótni.
- Powinniśmy pomóc wszystkim na wyspie - oznajmił. - Może któryś z tubylców potrzebuje naszej pomocy bardziej niż przestępcy, których szukamy.
Zaśmialiśmy się cicho, aby nasze głosy nie poniosły się echem po tunelach, po czym wszyscy spojrzeliśmy na GoGo, która umiejętnie wywróciła oczami, gdy napotkała nasze pełne sugestii spojrzenia.
- To jaki masz plan, Hiro? - zapytała, a ja ucieszyłem się w duchu, że jednak mnie popiera.
Wyjaśniłem im pokrótce, chcąc jak najszybciej znaleźć się już w mieście, zanim być może tubylcy, których nie zauważyłem, gdy zwiedzałem podziemną osadę, zdołają jednak wyjść ze swoich kamiennych domów. Wolałem nie zwlekać ani chwili.
Przeszliśmy przez krótką część tunelu aż do wąskiego przejścia, którym dostałem się do wewnątrz. Naprawdę nie wie, komu mam dziękować tam na górze, że Baymax zdołał się zmieścić w tej szczelinie. Pierwszy wyszedłem ja, sprawdzając, czy przy wejściu do miasta nie czają się tubylcy. Gdy się upewniłem, że miasto wygląda identycznie, jak wtedy, gdy ja sam je sprawdzałem, dałem znak moim przyjaciołom, którzy wyszli szybko z wyrwy, idąc szybkim krokiem w kierunku miejsca, które im wskazałem. To tam znajdował się budynek, postawiony najdalej od centrum miasta, który stał pusty i gdzie mogliśmy się skryć.
Wasabi wziął Honey na plecy, tak jak wcześniej, ponieważ poruszał się szybciej niż Baymax, a tym razem to było bardziej istotne. Poza tym i tak upierał się, że odzyskał siły i że bez problemu poniesie Honey przez dalszą część drogi.
GoGo biegła pierwsza, ja tuż za nią. Bezpieczne dostanie się do naszej umownej kryjówki musiało wymagać sporo szczęścia, ale o dziwo nikt nas nie zauważył. Zaczynałem się nawet zastanawiać, czy całego miasta nie zamieszkiwała tylko ta dwójka, którą udało nam się zobaczyć w tunelu. Mogliśmy się dowiedzieć tego tylko w jeden sposób.
Weszliśmy do ciemnego domu, który ział chłodem i wilgocią, ale lepsza taka tymczasowa kryjówka niż żadna. Tutaj mieliśmy przynajmniej możliwość przemyślenia niektórych kwestii.
- I co myślicie? - pytałem z ciekawością, gdy zamknąłem za nimi ciężkie, drewniane drzwi.
- No, trzeba przyznać, że nie jest to normalne - odparł Wasabi, kładąc Honey pod ścianą delikatnie nawet jak na niego. - Najpierw ci obcy, teraz całe miasto... Może jeszcze straż graniczna i przepustki?
- Zabawne, Was, nawet ci to wyszło - GoGo spojrzała na niego z rozbawieniem.
Wasabi wywrócił oczami, ignorując zachowanie przyjaciółki.
- Was też tak oślepiło? - zapytał Fred, mrugając oczami. - Skąd oni biorę tyle światła? - zapytał, nasuwając swoją czapkę na oczy, żeby ochronić je przed blaskiem, który przebijał się przez rysy w drzwiach. Było to jedyne źródło światła w tym ciemnym i pustym pomieszczeniu, choć i tak wydawało mi się tu prawie tak ciemno, jak w tunelu.
Usiadłem obok Honey, pragnąc tylko odpoczynku. Nie wiem, ile godzin byłem na nogach, ale to wszystko mnie przytłaczało. A chyba najbardziej to, że byłem odpowiedzialny za moich przyjaciół, jako przywódca naszej grupy. Coraz częściej zauważałem, że szanują moje zdanie, co więcej, nawet czekają, aż ja zwrócę się pierwszy z jakimś pomysłem, co trochę napawało mnie radością a trochę udobruchało moje ego. Najbardziej jednak dziwiło mnie, że w oczach GoGo moje zdanie było tak istotne. Rzadko kiedy potrafiła zignorować swoje własne poglądy na rzecz kogokolwiek, a ja czułem się wybrańcem, gdy chowała dumę w kieszeń i zgadzała się na moje pomysły.
- Mógłbym spać pół dnia - wyznał Wasabi, rozkładając koc na zimnej podłodze. Lepsze to niż twardy grunt w tunelach, pomyślałem, szukając w głowie optymistycznych myśli. Chyba byłem zbyt zmęczony, by takowe znaleźć.
- Nie krępuj się - odparłem, sam wyciągając śpiwór i rozkładając go pod ścianą, by móc oprzeć się o coś innego niż podłoga. - Należy ci się.
- Ja też chętnie walnę w kimę - ziewnął donośnie Fred i ułożył się bezpośrednio na siedzącym w kącie Baymaxie.
- Co zamierzasz potem? - zapytała GoGo, siadając obok mnie na moim śpiworze. Honey spojrzała na mnie ciekawie, odwijając swój bandaż.
- Sam nie wiem. Chcę przeszukać to miasto, zbadać je. - powiedziałem, wzruszając ramionami, i prostując się, oparłszy o ścianę. - Może to tutaj ukrywają się zbiedzy.
- A jeśli nie? - zapytała GoGo natarczywym tonem, marszcząc wąskie, czarne brwi.
- Wtedy mamy łatwą drogę powrotną na zewnątrz, nie sądzisz? - odpowiedziałem pytaniem, wskazując na sufit. GoGo pojęła w lot o co mi chodziło. Nad miastem rozpościerała się dziura w skałach, przez którą wpadało tu słoneczne słońce. Jeśli nic nie znajdziemy, nie będziemy musieli się przejmować, czy ktoś nas tu znajdzie, po prostu stąd wylecimy z pomocą Baymaxa.
- Jak chcesz - dziewczyna wzruszyła ramionami, choć wyglądała na zamyśloną. Nie, była zmęczona, pomyślałem, widząc jej blade policzki i cienie pod jej pięknymi oczami.
- Idź spać - powiedziałem, przyglądając się jej. - Ja obejmę wartę.
GoGo spojrzała na mnie sennie i uśmiechnęła się ciepło.
- Tylko mi nie zaśnij tak jak ostatnio - mruknęła, po czym wstała i wyjęła z plecaka swój własny śpiwór i położyła się na nim w rogu pustego pomieszczenia.
Przypomniałem sobie, kiedy pomagała mi w ulepszeniach naszych strojów jakiś czasu temu i kiedy zasnęła u mnie na łóżku, opadnięta z sił. Teraz wyglądała tak samo bezbronnie, w co mógłbym uwierzyć, gdybym nie znał GoGo Tomago. Dziewczyna okryła się cieplej swoją grubą, szarozieloną kurtką, a jej włosy migotały lekko fioletowym blaskiem, gdy zza drzwi przebijało się słoneczne światło.
Uśmiechnąłem się sam do siebie, tak naprawdę nie wiem, z jakiego powodu. Dopiero po chwili zauważyłem, że Honey mi się przygląda z szerokim uśmiechem.
- Co? - mruknąłem pod nosem, a Honey tylko pokręciła głową, a jej blond włosy opadły na jej chude ramię.
Miałem ochotę przejść się, odetchnąć świeżym powietrzem i się ogarnąć. Było to głupie z mojej strony, że miałem jakąkolwiek nadzieję, a jedn wciąż powtarzałem sobie, że nie chcę tego zepsuć. Myśl, że przez moje głupie upodobania mógłbym stracić najcenniejszą dla mnie osobę, napawała mnie przerażeniem.
- Nie idziesz spać? - zapytałem Honey w końcu, nie mogąc znieść tej ciężkiej ciszy. Blondynka wzruszyła ramionami, nie spuszczając ze mnie spojrzenia zielonych oczu.
- Spałam już dzisiaj, kiedy Baymax mnie niósł. - odpowiedziała bez wahania. - Hiro... wiesz o co chcę cię spytać...
- O GoGo - odpowiedziałem, starając się nie dawać po sobie poznać żadnych emocji.
- Dlaczego jej nie powiesz? - padło pytanie, którego najbardziej się obawiałem ze strony Honey. Miałem tylko ślepą nadzieję, że GoGo naprawdę spała, nie tak jak ja, gdy podsłuchiwałem rozmowę przyjaciółek.
Obróciłem głowę z zamyśleniem, nie odpowiadając na zadane przez Honey pytanie. Sam nie wiedziałem, czemu skrywam to przed GoGo, ale prawda była taka, że chyba najbardziej bałem się jej reakcji, niż tego, co sobie o mnie pomyśli. Tak, wiem, co pomyśli, powiedziałem do siebie w myślach. Pomyśli, że byłem przy niej przez ten cały czas tylko ze względu na moje egoistyczne uczucia wobec niej.
- Rozgryzłam cię, Hiro Hamada - powiedziała poważnym głosem Honey, przyciągając moją uwagę. Zmarszczyłem brwi, nie wiedząc, co to może znaczyć. - Boisz się straty bliskich osób. Mam rację?
Czułem, że żołądek mi się przewraca wraz z całą zawartością. Nie wiedziałem, jak Honey to zrobiła, ale odgadła coś, co było źródłem mojego problemu, a czego ja nie potrafiłem rozszyfrować. Rzeczywiście chyba to nie pozwalało mi na ryzyko wobec GoGo. Zaraz pomyślałem o moich rodzicach i poszukiwanym przeze mnie Maysonie i o Tadashim, Callaghanie i tym wszystkim, co stało się całe dwa lata temu. Wszystkie wspomnienia z moim bratem coraz bardziej znikały mi z pamięci, zostawiając mnie samego. Gdybym jeszcze stracił GoGo...
Obróciłem wzrok, nie wiedząc jak podjąć temat.
- Przepraszam, Hiro - mruknęła Honey, krzywiąc się. - Przegięłam, prawda?
- Nie - odpowiedziałem jej szeptem. - Masz rację.
- Nie znam bardziej odważnego chłopaka niż ty - wyznała, siadając naprzeciw mnie ze swoją ranna nogą. - Dlaczego coś takiego miałoby ci stanąć na drodze?
Westchnąłem.
- Nie przeżyję kolejnej straty. - powiedziałem wprost, mając już pewność, że dalsze ukrywanie przed Honey moich lęków nie ma większego sensu, skoro już je odgadła. - Jeśli coś stałoby się cioci Cass, albo gdyby GoGo... Może powinienem odejść z Agendy. Tylko je narażam...
- Wiesz, że to już niemożliwe - odpowiedziała Honey, starając się brzmieć jednocześnie szczerze i optymistycznie. - Poza tym wszyscy zauważyliśmy, że nie chcesz odchodzić z Agendy, Hiro. Ta instytucja dała ci cel, zmieniła cię.
- Nie przesadzaj - mruknąłem, uśmiechając się lekko.
- Wcześniej nie rzuciłbyś wyzwania Yoko. Wcześniej trzymałbyś nos w książkach i wymyślał kolejne mniej lub bardziej użyteczne wynalazki. Teraz wiesz, co robisz. Dlatego właśnie to ty dowodzisz w naszym gronie, nie Baymax, czy Wasabi.
- O co ci chodzi? - zapytałem bezbronnie. - Wasabi świetnie by sobie poradził.
- Tak, jeśli mielibyśmy mieć zaplanowany każdy nasz krok i każdą, naprawdę każdą ewentualną alternatywę.
Musiałem naprawdę się natrudzić, by zahamować wybuch śmiechu. Honey uśmiechnęła się tylko lekko zażenowana moją reakcją. Jako jedyna z nas wyglądała na wypoczętą. I pomyśleć, że wcześniej unikałem jej towarzystwa, bo bałem się rozmawiać z nią o GoGo, choć właśnie tej rozmowy potrzebowałem. Baymax był niezastąpiony, ale wciąż był robotem. Poza tym Honey była niezwykle spostrzegawcza i potrafiła poznać prawie tak jak GoGo, czy coś mnie trapi.
- Idź spać, Hiro - powiedziała blondynka, podkładając pod siebie swoją chorą nogę. - Jesteś zmęczony tak jak wszyscy. Ja obejmę wartę.
Nie chciałem się z nią kłócić, więc po prostu bez żadnych protestów ułożyłem się na śpiworze, tak jak to zrobili inni i w mgnieniu oka opadłem w ramiona Morfeusza, zapominając o GoGo, o San Fransokyo i cioci, których zostawiłem, o Isla Menor oraz o kolejnych tajemnicach, skrywanych pod ziemią tej przeklętej wyspy.
Obudziłem się kilka godzin później, orzeźwiony krótką drzemką, a moi przyjaciele już rozmawiali ze sobą, wymieniając szeptem różne założenia. Przetarłem dłońmi swoje oczy i spojrzałem na nich, starając się odgarnąć od siebie falę znużenia. Nie mogłem teraz poddać się zmęczeniu. Musieliśmy działać, inaczej prędzej czy później ktoś na bank nas tu znajdzie.
- Nie mamy po co tutaj zostawać - wykłócał się znów Wasabi, pamiętając o tym, żeby nie mówić za głośno, nawet przy wzburzonych emocjach. - Jeśli są tu jacyś uciekinierzy, to na pewno nie w tym mieście.
- Skąd ta pewność? - zapytałem go, rozciągając się. Moi przyjaciele obrócili się w moim kierunku, dopiero zauważając, że wstałem. Siedzieli w ciasnym kółku na swoich śpiworach wokół Wasabiego, z którym zażarcie dyskutowali. Najwyraźniej mój barczysty przyjaciel ani myślał zostawać dłużej tu, w mieście.
- Hiro, kto normalny siedziałby tu z tymi dzikusami? - mruknął Wasabi, wywracając oczami. Żółta opaska próbowała schować do tyłu jego niesforne, brązowe dredy.
- Nie wiemy wszystkiego - odpowiedziała za mnie GoGo. - Myślę, że powinniśmy zbadać to miejsce.
- Też tak myślę - powiedziała wolno Honey, patrząc w podłogę. Najwyraźniej rozsądek mówił jej jedno, a troska o przyjaciół drugie - przecież logicznym było, że ona nie będzie mogła przeszukać starożytnych murów w takim stanie.
- To niby kogo chcecie wysłać? - prychnął Wasabi, zerkając na mnie spode łba z nutą troski. - Znowu Hiro?
- Może - GoGo najwyraźniej nie chciała dać mu satysfakcji z wygranej. - A może ja pójdę.
Przestraszyłem się, dobrze wiedząc, że dziewczyna nie rzuca słów na wiatr. Nie, ostatnim, czego chciałem było to, żeby się narażała.
- Przestańcie - warknąłem, podchodząc do nich. - Przecież nie po to obmyśliłem promień, żeby teraz skradanie się zostawiać komu innemu - powiedziałem, a Freddie zaśmiał się pod nosem.
- W sumie racja - odpowiedział. - Fajnie by było poszpiegować z tobą.
- Hiro ma rację - poparła mnie Honey. - To tak, jakby zlecić morderstwo Baymaxowi - powiedziała, po czym dodała szybko, patrząc na robota - bez obrazy.
- Nic się nie stało, Honey - odpowiedział uprzejmie robot.
Zauważyłem, że GoGo skrzywiła się nieznacznie na te słowa, po czym obróciła szybko głowę, chcąc to najwyraźniej ukryć. Wasabi westchnął i klepnął się po udach ze zdecydowaniem.
- Czyli rozumiem przegłosowane?
- Okej - mruknęła GoGo, wstając i otrzepując się z kurzu, zalegającego na chłodnym kamieniu. - Czyli wszystko jasne.
Odetchnąłem z ulgą, ciesząc się z takiego rozwiązania.
- Wasabi, Fred, pilnujcie Honey na wszelki wypadek - powiedziałem, dopiero po chwili pojmując, jak władczo to zabrzmiało. Przyjaciele skinęli jednak zgodnie głowami, bez żadnego sprzeciwu.
- A ty pilnuj się, stary - odparł Fred, klepiąc mnie po ramieniu. Uśmiechnąłem się na te słowa, które dodały mi nieco otuchy.
- Właśnie - poparł go Wasabi, rezygnując z dalszych kłótni.
- Na wypadek, gdyby Baymaxowi wyczerpały się baterie, zostawię wam przenośnik. Was, chyba wiesz jak go podłączać, nie? - spytałem, a wysoki przyjaciel roześmiał się szczerze.
- Hiro, chcesz mnie obrazić? - zapytał, mrugając do mnie. - Nie martw się, zajmiemy się Honey. Gorzej będzie z tamtą - mruknął, wskazując na GoGo, która w tym czasie spakowała się i założyła na plecy swój plecak.
- Nie kłopocz się - parsknęła, przeczesując dłonią swoje błyszczące włosy. - Nie zamierzam się tu z wami nudzić.
- Chyba nie zamierzasz... - zacząłem, obawiając się jednocześnie odpowiedzi.
GoGo wzruszyła ramionami i poprawiła swoje wysokie, górskie buty, jakby ignorując to, co na ten temat myślę. Cholera, czemu ona zawsze stawiała na swoim? - pytałem siebie w myślach, nie wierząc, że to się dzieje naprawdę.
- Myślisz, że pozwolę ci samemu łazić po tym durnym wysypisku staroci? Niedoczekanie - mruknęła, a Fred i Wasabi zachichotali, widząc moja minę.
- Zauważą cię, Go - powiedziała Honey, marszcząc brwi.
- Wątpię. - mruknęła GoGo, unosząc pewnie głowę. - Ktoś jeszcze ma jakieś zażalenia?
Kiedy odpowiedziała jej cisza, dziewczyna skinęła głową i otworzyłą drzwi, wychodząc na zewnątrz.
- Tylko się tu nie pozabijajcie, jak następnym razem zaczniecie skakać sobie do gardeł - mruknęła, opuszczając niski, kamienny budynek, a tym razem ja zarechotałem z ich głupich min. Z jednej strony nawet się cieszyłem z towarzystwa, z drugiej wciąż obawiałem o moją przyjaciółkę, ale w końcu będę miał ją obok siebie w razie, jakby wpadła w kłopoty.
Wyszliśmy na wąską, gładką ulicę, gdzie budynki zlewały się z podłożem w takim stopniu, że ciężko było określić, gdzie kończą się ściany, a zaczyna kamienna droga. GoGo włączyła strój jednym kliknięciem opaski na nadgarstku, a ja zrobiłem to samo.
- Pięknie to rozegrałaś, gratulacje - powiedziałem do niej z wyrzutem, niepocieszony. GoGo obróciła się do mnie i spojrzała tak, jakby nie wiedziała, o co mi chodzi.
- Wolałeś sam pakować się w kłopoty, tak? - mruknęła, stając w miejscu z pełną krytyki miną.
- Pewnie, że tak, w końcu ja was w to wpakowałem - nawet dosłownie, dodałem w myślach, bo ja i Honey wpadliśmy wtedy do tych przeklętych tuneli.
GoGo prychnęła pod nosem, nic nie robiąc sobie z moich pretensji.
- No tak, wpakowałeś, kłócąc się wtedy z Yoko i wpakowałeś, kiedy w ogóle zdecydowaliście o wstąpieniu do Agendy. - mówiła z coraz większą złością, na dodatek coraz głośniej. - Ale jesteśmy przyjaciółmi, Hiro i jeśli już coś robimy to, robimy to razem, zrozumiałeś? Przestań w końcu zachowywać się, jakbyś był nam coś winny! To...
W tej chwili na końcu ulicy zauważyłem następną dwójkę tubylców, którzy spacerowali spokojnym krokiem po swoim mieście. W dłoniach trzymali wysokie włócznie, a u pasów niże, które zdołałem zauważyć nawet z tak daleka. Zatkałem GoGo usta, po czym wepchnąłem ją w szczelinę między dwoma budynkami, po naszej lewej, chowając się tam razem z nią.
Przyjaciółka początkowo próbowała się wyrwać, ale szybko poznała po mojej minie, że zauważyłem tutejszych. Jej oczy rozglądały się dokoła z gotowością do działania, kiedy ja wyglądałem ostrożnie zza szczeliny, w której razem utkwiliśmy. Całe szczęście, nie zauważyli nas. Dobrze, że GoGo nie mówiła nieco głośniej, bo z pewnością czujni na obecność wroga wojownicy zaatakowaliby nas tymi swoimi włóczniami. Patrzyłem na nich tak długo, dopóki nie zniknęli za rogiem, skręciwszy w następną uliczkę. Odetchnąłem z ulgą, nie wierząc, że mieliśmy aż tyle szczęścia.
- Poszli już? - wyszeptała GoGo, przypominając o swojej obecności. Stojąc tyłem, nie mogła nawet spojrzeć na tubylców, których wcześniej zauważyłem.
Dopiero teraz zauważyłem, że stoimy tak blisko siebie, że prawie stykamy się nosami. Adrenalina, która zapulsowała w moich żyłach z chwilą zauważenia obcych minęła, zostawiając po sobie spojrzenie ciemnych, zaniepokojonych oczu GoGo, będących tak blisko moich własnych.
- Tak - odpowiedziałem, obracając od niej wzrok z zażenowaniem. Starałem się zignorować krążące po mojej głowie myśli, jak małą odległość dzieliły nasze usta.
Zdołałem wyswobodzić się z uścisku z nią i wyszedłem na ulicę, rozglądając się dokoła uważnie. Hiro, skup się, warczałem do siebie w myślach. GoGo rozejrzała się tak samo, po czym spytała mnie szeptem:
- Ilu ich było?
- Dwóch. Byli uzbrojeni jak tamci, ale inaczej wyglądali. - próbowałem zapamiętać, którego miejsca omijać, na wypadek, gdyby obcy wrócili. Musimy ruszyć w głąb miasta, pomyślałem ze strachem. Gdybym szedł sam, łatwiej byłoby mi się ukryć, czy nawet użyłbym promienia, ale Go...
- Którędy chcesz iść? - zapytała z mniejszą determinacją niż wtedy, gdy wychodziła z naszego prowizorycznego obozu.
- Przed siebie - mruknąłem, niezbyt pewny. - ale ty...
- Nic się o mnie nie martw - Go, machnęła ręką. - Włącz promień i idź normalnie ulicą, ja będę obok.
Po czym wskoczyła na stojące nieco dalej przy jakimś pewnie pustym budynku skrzynie i wspięła się po nich błyskawicznie na dach. Byłem pod wrażeniem, jak szybko sobie poradziła.
- Nie będę na ciebie długo czekać - powiedziała, odjeżdżając na swoich szybkich, tnących powietrze kołach.
Uśmiechnąłem się i zgodnie z jej rada uruchomiłem promień. Szedłem po ulicach tego miasta, zastanawiając się, jak długo zajmie nam zbadanie tego miejsca. Miałem nadzieję, że zdołamy szybko coś znaleźć, albo wrócić z zapewnieniem, że miasto nie skrywa niczego poza nieprzychylnie nastawionymi ludźmi. Co jakiś czas widziałem ludzi w progach swoich domów, którzy wychodzili, rozglądali się czujnie, po czym wracali do swoich siedzib, zatrzaskując za sobą z przestrachem drzwi. Co to za miejsce, pytałem siebie, nie rozumiejąc, jak to społeczeństwo może funkcjonować, skoro nikt nie ufa sobie na tyle, by żyć obok niego. Pewnie to dlatego jest tu tyle budynków, pomyślałem, dla zmyłki. Jeśli ktoś będzie chciał znaleźć cokolwiek ważnego u sąsiada, musiałby przeszukać kilkanaście domów wokół siebie, zanim zdołałby natrafić na zamieszkany budynek. Poza tym ci "strażnicy", patrolujący ulice wcale nie wyglądali na ludzi, którzy mieli strzec bezpieczeństwa, a wręcz przeciwnie.
Zazwyczaj, jeśli zauważałem na ulicach jakiś samotnych ludzi, byli to mężczyźni, raz jednak udało mi się zauważyć samotną kobietę. Była może w wieku cioci Cass, ale wyglądała na o wiele starszą. Rozglądała się czujnie dokoła jak tamci, jakby poszukiwała zagrożenia. Miała na sobie sukienkę zrobioną z ciemnobrązowej skóry, która została oprawiona w naprawdę skuteczny sposób. Sam ubiór tutejszych sprawiał wrażenie, jakby stopień ich cywilizacji wcale się nie zatrzymał. Oprócz sukienki kobieta miała na ramionach tkaninę, która również musiała być robiona ręcznie. Gdy jednak mieszkanka spojrzała w moim kierunku, oczywiście mnie nie zauważając, wzdrygnąłem się na widok jej blizny, która szpeciła jej pełną czujności twarz. Kto mógł tak ją skrzywdzić? Blizna wydawała się przypominać cięcie ostrza, nie zadrapanie dzikiego zwierzęcia, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, z jakim niebezpiecznym ludem mamy do czynienia.
GoGo w końcu machnęła ręką w kierunku pustej uliczki, która kończyła się daleko wysokim murem, sięgającym dwóch dachów przeciwległych domów. Gdy poszedłem we wskazane miejsce, zauważyłem różne skrzynie - większe lub mniejsze oraz stojące obok beczki. Może GoGo się pomyliła, może ktoś tu mieszkał, pomyślałem ze strachem, ale zanim zdołałem ją ostrzec, GoGo zeskoczyła z dachu na ziemię, lądując tuż przede mną. Wyłączyłem od razu promień, stając za skrzyniami, które zasłaniały mnie od głównej ulicy.
- I jak? Czego się dowiedziałeś? - wyszeptała, zaglądając przez moje ramię na dalszą część osady, tak jak ja wcześniej.
- Niewiele. - odpowiedziałem, czując, że coś jest nie tak, tylko nie wiedziałem, co może oznaczać to dziwne przeczucie. - Myślę, że nie mamy tu czego szukać. Powinniśmy znaleźć resztę i...
Zanim zdołałem skończyć, poczułem, że ktoś łapie mnie brutalnie za ramię i wciąga do budynku obok, po czym przyciska do ściany, przykładając mi nóż do gardła. Spojrzałem na mojego napastnika, czując, że to chyba ostatnie chwile w moim życiu, ale nie zauważyłem w nim tubylca, którego się spodziewałem. Był to średniego wzrostu mężczyzna, który miał na sobie ciężką, czarną kurtkę, poprzecieraną w wielu miejscach, a na brodzie gęsty zarost, który wskazywał, że obcy dawno nie miał kontaktu z brzytwą. Patrzył na mnie mrożącym krew w moich żyłach spojrzeniem niebezpiecznie obojętnych szarych oczu.
GoGo wskoczyła do domu za nami, stając po drugiej stronie drzwi z jaskrawożółtym dyskiem w rękach. Jeden dobrze trafiony rzut i człowiek przede mną byłby martwy, pomyślałem, ale obcy przycisnął wolną dłoń do mojego gardła, a nóż podniósł nad moją głowę.
- Każ jej to opuścić - warknął niskim głosem mężczyzna, wpatrując się z wściekłością, to na mnie, to na przerażoną GoGo, która nie spuszczała mnie z oczu. - Już. - dla potwierdzenia swoich słów, zbliżył nieco ostrze do mojej twarzy.
Spojrzałem na GoGo i skinąłem głową, wiedząc, że strach odebrał mi głos. Dziewczyna patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami i wygiętymi w grymasie ustami. Widziałem po niej, że się bała, być może bardziej niż ja. Spodziewaliśmy się ataku tutejszych, a nie człowieka, który mówił w cywilizowanym języku.
GoGo jednak upuściła dysk, który zabrzęczał cicho, gdy dotknął podłoża.
- Kim jesteście? - zapytał człowiek, nie puszczając mnie ani na moment, jakbym miał mu uciec, nie dając odpowiedzi. Pomimo ucisku na moim gardle, spróbowałem odpowiedzieć.
- Jesteśmy z Japonii - powiedziałem wprost, nie chcąc zdradzać naszych imion. - Znaleźliśmy się tu przez przypadek - skłamałem, a obcy przybliżył tylko ostrze do mojego gardła.
- Nie kłam, nienawidzę kłamców - warknął nieznajomy, obserwując mnie wciąż czujnie swoimi szarymi oczami. Wreszcie mój umysł zaczął znów pracować. To musi być jeden z przestępców, pomyślałem, starając się wymyślić coś, co mogłoby mi uratować skórę. - Co chwilę wysyłają tu kogoś, kto próbuje nas znaleźć.
Spojrzał na GoGo, nie ukrywając wściekłości i splunął na bok.
- Po co tu przyjechaliście? Gadaj.
- Jeśli pan mnie udusi, to niczego się nie dowie - warknąłem, mając dość pytań, na które nie miałem nawet szansy odpowiedzieć. Mężczyzna nie odpowiedział, ale jego spojrzenie odrobinę złagodniało, jakby mój wybuch nieco go zdziwił. Patrzyłem na niego cały czas, jakbym bał się, że gdy spojrzę na bok, ręka z nożem opadnie.
Facet w końcu puścił mnie, ale wciąż trzymał nóż. Gdy to zrobił, spojrzał na GoGo.
- Czemu jako jedyni szukacie tutaj? - zapytał, a my nie do końca zrozumieliśmy, o co mu chodzi. Wiadomo, mężczyzna wiedział o różnych misjach Agendy na Isla Meonr, dlatego mówił, że co chwilę tu kogoś wysyłają, ale jego spojrzenie mówiło, że coś ukrywa.
- Znaleźliśmy tunele przez przypadek - odpowiedziałem za GoGo. - Nie wiedzieliśmy, że są tu jacyś tubylcy.
Uciekinier otworzył jeszcze szerzej oczy, jakby nie wierzył w to, co słyszy. Wciąz nie rozumiałem, co jest grane. Opuścił rękę z nożem, wpatrując się we mnie niemal z beznadziejnością.
- Czyli, że nie wiedzieliście o tunelach? - zapytał cicho.
- Nie - skłamałem znowu, modląc się, by tym razem w to kłamstwo uwierzył, choć w sumie była w tym nić prawdy, bo sama mapa nie dawała nam nic, dopiero, gdy wpadliśmy do tunelu zaczęliśmy ją badać.
Mężczyzna zaklął pod nosem, zamachnął się w powietrzu. Wyglądał na zrezygnowanego i pełnego wściekłości. Musiałem być czujny, wciąż był niebezpieczny.
- Cholerni kretyni... - warknął. - Zostawili nas. Za co?
- Kto? - zapytała GoGo z chrypą w głosie. - Kto was zostawił?
- Zakład. I ta wasza firma... nie wiem, jak się nazywa. Wszyscy przestali nas szukać jakieś pół roku temu...
- Stop, moment. - powiedziałem, zirytowany tym, że niewiele wiem. Mężczyzna spojrzał na mnie swoim gburowatym spojrzeniem. - Czyli pan chce, żebyśmy pana odnaleźli? Nic nie rozumiem...
Facet spojrzał to na mnie, to na zamyśloną GoGo, po czym podszedł i zamknął drzwi z trzaskiem, kiedy GoGo odskoczyła na bok, pewna, że podchodzi do niej. Ja również przez moment tak myślałem.
- Wy naprawdę nie wiecie co tu się dzieje? - zapytał, a my pokręciliśmy zgodnie głowami.
- Te dzikusy podkopały się pod zakład karny i porwały jakąś połowę gości, która tam siedziała. Wszyscy uznali, że to była ucieczka, bo zobaczyli te podkopy, ale dzicy zakopali je poza murami zakładu i nikt nie trafił po naszych śladach. Tymczasem tamci zabijali nas po kilku na pełnię, reszta siedzi i milczy, bo wiedzą, że mogą być następni.
- Co? - wyrwało się GoGo, zanim zdołała powściągnąć język.
Mi też zdawało się to niezbyt realne, ale widziałem, że facet nie kłamie. Jego ręce drżały lekko, nie był tym samym człowiekiem, który zaatakował mnie z nożem w ręku. On się bał.
- Naprawdę? - zapytałem, chcąc brzmieć obiektywnie. - Znaczy... to jak panu udało się uciec tubylcom?
Obcy obrócił się i spojrzał na mnie z obojętnością, jak wilk patrzący na gołębia, którego ledwie upolował, po czym wypuścił go, uznawszy, że nie ma apetytu. GoGo wykorzystała moment, kiedy tamten stoi po drugiej stronie pomieszczenia i podeszła do mnie szybko, łapiąc mnie za rękę i ściskając ją mocno.
- Zwyczajnie. Musiałem zabić jednego ze strażników mojej celi. Ukrywam się już tu pół tygodnia, szukają mnie po ulicach. - przestępca wzruszył obojętnie ramionami, po czym spojrzał na nas zmęczonym spojrzeniem. - A może wy macie coś do jedzenia?
Spojrzeliśmy po sobie z GoGo, po czym puściłem jej dłoń i zdjąłem z pleców mój plecak, szukając w nim jakiegoś prowiantu. Natrafiłem na dwa suche batony, po czym podszedłem do obcego i podałem mu, wciąż uważnie go obserwując.
- Dzięki - odparł, biorąc ode mnie batony i pałaszując je szybko.
- Hiro, - GoGo złapała mnie za ramię i wyszeptała mu do ucha. - Co chcesz robić? Nie możemy mu ufać...
- Wiem, co robię - powiedziałem jej, obmyślając w głowie jeszcze niedoskonały plan, po czym zwróciłem się do mężczyzny na głos: - Czyli chce pan wrócić do zakładu, tak?
- On zawsze tak wolno myśli? - zagadnął nieznajomy ponuro GoGo. - Pewnie, że tak, chłopczyku. Inaczej po co ryzykowałbym życie, żeby uciec dzikusom? Zrobiłem wiele złego, ale lepsze jest gnicie w pace niż poszatkowanie przez tych dzikich.
Spojrzeliśmy na siebie z GoGo, wiedząc już, że znaleźliśmy rozwiązanie naszego problemu. Mężczyzna patrzył na nas z obojętnością, w końcu nie przeszkadzaliśmy mu w jego ucieczce.
- Jesteśmy tu właśnie po to, żeby zwrócić was do zakładu - powiedziałem szczerze. - Działamy w jednej lidze, możemy wam pomóc.
Facet patrzył na nas nieufnie swoimi szarymi oczami, jakby badał, czy chcemy go oszukać, czy nie. Wyglądał, jakby naprawdę żył w stresie przed tubylcami, poza tym był całkiem zarośnięty, jakby żył w dziczy przez dłuższy okres czasu.
- Po co miałbym wchodzić z wami w układy? - prychnął. - Wy spoczniecie na laurach, a tubylcy niedługo dobiorą się do całego zakładu.
- W takim razie pomożemy wam dostać się do zakładu i zeznamy, że wcale nie uciekliście i że powinni zapewnić wam lepsze warunki. - powiedziałem, poprawiając się. - Zgoda?
Facet spojrzał na nas niepewnie. Sam nie wiedziałem, kto jest bardziej nieufny, my wobec nieznajomego przestępcy, czy on wobec dwójki, którą wysłała nieznana mu instytucja. W końcu schował swój nóż do kieszeni z westchnieniem i wyciągnął przed siebie dłoń. Bez zastanowienia uścisnąłem ją, nie spuszczając z oka porwanego.
- Zgoda. - odpowiedział. - Nie próbujcie nawet nie dotrzymać tego, co mówicie - postraszył nas swoim niskim głosem. Trzeba przyznać, że mu się to udało.
- Jesteśmy tu po to, by pomóc. - powiedziałem spokojnie. - A teraz to wy potrzebujecie pomocy.
Obcy zaśmiał się pod nosem, gładząc swój zarost.
- Jak dwójka dzieciaków może nam pomóc? - zapytał.
- Nie jest nas dwójka - odpowiedziała pewnie GoGo. - A my nie jesteśmy zwykłymi dzieciakami.
Porwany chyba nam nie uwierzył, ale obserwował nas uważnie, jakby chciał się przekonać, czy w słowach GoGo tkwi ziarno prawdy.
- Jestem James. - usłyszeliśmy cicho.
- A ja Hiro - powiedziałem, wychodząc z budynku za nim. GoGo szła za mną jak cień, nie odzywając się, choć wyczuwałem, że nie do końca podoba jej się pomysł współpracy z groźnymi przestępcami. To jednak mogła być nasza jedyna szansa, a jednocześnie ich, bo wydostanie się z tych tunelów może być awykonalne bez żadnej pomocy.
Nie dam rady jeszcze dziś dodać na Czkastrid, także z góry przepraszam, ten weekend mnie wykończył :/ byłam na małym spotkaniu młodych, udzieliłam wywiadu do gościa, będę w pt w tvp1 (przygotowania do śdm i takie tam) więc jak ktoś chce zobaczyć co porabia Legnica i jacy są szurnięci to zapraszam :DDD
Poza tym jeszcze całą noc byłam na amnestach i pisałam listy w szkole :p przyszłam o 6 do domu i jestem ledwie żywa, mówię - ostatni raz. Mam nadzieję, że wam lepiej minął ten weekendzik, opowiadajcie :))
Po pewnych próbach zajrzenia do kamiennych domów, upewniłem się, że zewnętrzne budynki miasta są opuszczone, jakby miały służyć jako pułapka dla ludów, które chciałyby splądrować miasto- zanim napotkaliby pustki w pierwszych mieszkaniach, zapewne mieszkańcy wszczęliby alarm. Sprytne...
Pomyślałem, że świetnie się składa, bo właśnie w jednym z tych pustych mieszkań moglibyśmy się ukryć, przynajmniej do czasu, aż obmyślimy jakiś sensowny plan.
Wróciłem więc szybko do moich przyjaciół tą samą szczeliną, którą wślizgnąłem się do starożytnego miasta. Modliłem się tylko, by tubylcy nie odnaleźli moich przyjaciół.
Szedłem w całkowitej ciemności, dotykając prawą dłonią ściany z malunkami. Pamiętałem, że przejście, w które się ukryliśmy znajdowało się po lewej stronie, dlatego wracając szedłem wzdłuż prawej ściany.
- Hiro, to ty? - spytał Wasabi. Chciałem kiwnąć głową, ale przypomniałem sobie, że i tak nikt by tego nie zobaczył.
- Tak - odpowiedziałem. - Jesteście wszyscy?
- Tak - syknęła GoGo. - Co tak długo?
Zatrzymałem się dopiero, gdy wszedłem w Baymaxa.
- Zapalcie światło, odzwyczaiłem się od chodzenia po ciemku - mruknąłem, zachowując równowagę.
- Dobra, opowiadaj. - przerwał Wasabi z nieskrywaną ciekawością. - Co tu się dzieje?
- Ten lud... Oni tu mają miasto. Nie wiem, jakim cudem Agenda to przeoczyła. Myślę, że powinniśmy to sprawdzić.
- Ale jak to miasto? Pod ziemią? - zapytała za zdziwieniem z głosie Honey.
- Tak. Myślę, że powinniśmy to zbadać. Mam przeczucie, że to coś ważnego...
- Hiro - wtrącił się Wasabi gniewnym głosem. - Ty w ogóle pamiętasz, że Honey ma coś z nogą? Poza tym mieliśmy odstawić przestępców z powrotem do paki a nie pakować się w jakieś kłopoty.
- Wasabi ma rację - powiedziała GoGo markotnie. W końcu Fred, który najwyraźniej wysłuchał moją prośbę, zaświecił latarkę, po czym zakrył jej wylot dłonią, by dawała mniej światła. Mimo to moi przyjaciele i tak zostali oślepieni przez blask, od którego się odzwyczaili.
- A ja jestem za pomysłem Hiro. - powiedział Fred wprost, a reszta spojrzała na niego ze zdziwieniem, mrużąc oczy zapewne od światła. - W końcu jesteśmy Wielką Szóstką, a nie bandą najemników Agendy.
- Dzięki, Fred - skomentowałem, nasłuchując przy tym, czy dwójka tubylców nie wraca. Bylibyśmy w sporych opałach, gdyby ktoś nas nakrył. Wtedy nie potrzebowalibyśmy już głosowania.
- Słuchajcie - wtrąciła się Honey, stojąca na jednej nodze pod ścianą. - Myślę, że powinniśmy zaufać Hiro. W końcu gdyby nie on, ani na chwilę nie bylibyśmy blisko tego miejsca.
- I to ma być argument? - prychnęła GoGo żartobliwie.
- Nie, ale gdybyśmy go nie posłuchali, nie znaleźlibyśmy właściwej drogi. - mówiła dalej spokojnie blondynka.
- Coś w tym jest, Go - mruknął niechętnie Wasabi. - Rozgryzł mapę.
- A ty, co myślisz, Baymax? - zagadnąłem robota, który jak zwykle słuchał cierpliwie naszych kłótni.
- Powinniśmy pomóc wszystkim na wyspie - oznajmił. - Może któryś z tubylców potrzebuje naszej pomocy bardziej niż przestępcy, których szukamy.
Zaśmialiśmy się cicho, aby nasze głosy nie poniosły się echem po tunelach, po czym wszyscy spojrzeliśmy na GoGo, która umiejętnie wywróciła oczami, gdy napotkała nasze pełne sugestii spojrzenia.
- To jaki masz plan, Hiro? - zapytała, a ja ucieszyłem się w duchu, że jednak mnie popiera.
Wyjaśniłem im pokrótce, chcąc jak najszybciej znaleźć się już w mieście, zanim być może tubylcy, których nie zauważyłem, gdy zwiedzałem podziemną osadę, zdołają jednak wyjść ze swoich kamiennych domów. Wolałem nie zwlekać ani chwili.
Przeszliśmy przez krótką część tunelu aż do wąskiego przejścia, którym dostałem się do wewnątrz. Naprawdę nie wie, komu mam dziękować tam na górze, że Baymax zdołał się zmieścić w tej szczelinie. Pierwszy wyszedłem ja, sprawdzając, czy przy wejściu do miasta nie czają się tubylcy. Gdy się upewniłem, że miasto wygląda identycznie, jak wtedy, gdy ja sam je sprawdzałem, dałem znak moim przyjaciołom, którzy wyszli szybko z wyrwy, idąc szybkim krokiem w kierunku miejsca, które im wskazałem. To tam znajdował się budynek, postawiony najdalej od centrum miasta, który stał pusty i gdzie mogliśmy się skryć.
Wasabi wziął Honey na plecy, tak jak wcześniej, ponieważ poruszał się szybciej niż Baymax, a tym razem to było bardziej istotne. Poza tym i tak upierał się, że odzyskał siły i że bez problemu poniesie Honey przez dalszą część drogi.
GoGo biegła pierwsza, ja tuż za nią. Bezpieczne dostanie się do naszej umownej kryjówki musiało wymagać sporo szczęścia, ale o dziwo nikt nas nie zauważył. Zaczynałem się nawet zastanawiać, czy całego miasta nie zamieszkiwała tylko ta dwójka, którą udało nam się zobaczyć w tunelu. Mogliśmy się dowiedzieć tego tylko w jeden sposób.
Weszliśmy do ciemnego domu, który ział chłodem i wilgocią, ale lepsza taka tymczasowa kryjówka niż żadna. Tutaj mieliśmy przynajmniej możliwość przemyślenia niektórych kwestii.
- I co myślicie? - pytałem z ciekawością, gdy zamknąłem za nimi ciężkie, drewniane drzwi.
- No, trzeba przyznać, że nie jest to normalne - odparł Wasabi, kładąc Honey pod ścianą delikatnie nawet jak na niego. - Najpierw ci obcy, teraz całe miasto... Może jeszcze straż graniczna i przepustki?
- Zabawne, Was, nawet ci to wyszło - GoGo spojrzała na niego z rozbawieniem.
Wasabi wywrócił oczami, ignorując zachowanie przyjaciółki.
- Was też tak oślepiło? - zapytał Fred, mrugając oczami. - Skąd oni biorę tyle światła? - zapytał, nasuwając swoją czapkę na oczy, żeby ochronić je przed blaskiem, który przebijał się przez rysy w drzwiach. Było to jedyne źródło światła w tym ciemnym i pustym pomieszczeniu, choć i tak wydawało mi się tu prawie tak ciemno, jak w tunelu.
Usiadłem obok Honey, pragnąc tylko odpoczynku. Nie wiem, ile godzin byłem na nogach, ale to wszystko mnie przytłaczało. A chyba najbardziej to, że byłem odpowiedzialny za moich przyjaciół, jako przywódca naszej grupy. Coraz częściej zauważałem, że szanują moje zdanie, co więcej, nawet czekają, aż ja zwrócę się pierwszy z jakimś pomysłem, co trochę napawało mnie radością a trochę udobruchało moje ego. Najbardziej jednak dziwiło mnie, że w oczach GoGo moje zdanie było tak istotne. Rzadko kiedy potrafiła zignorować swoje własne poglądy na rzecz kogokolwiek, a ja czułem się wybrańcem, gdy chowała dumę w kieszeń i zgadzała się na moje pomysły.
- Mógłbym spać pół dnia - wyznał Wasabi, rozkładając koc na zimnej podłodze. Lepsze to niż twardy grunt w tunelach, pomyślałem, szukając w głowie optymistycznych myśli. Chyba byłem zbyt zmęczony, by takowe znaleźć.
- Nie krępuj się - odparłem, sam wyciągając śpiwór i rozkładając go pod ścianą, by móc oprzeć się o coś innego niż podłoga. - Należy ci się.
- Ja też chętnie walnę w kimę - ziewnął donośnie Fred i ułożył się bezpośrednio na siedzącym w kącie Baymaxie.
- Co zamierzasz potem? - zapytała GoGo, siadając obok mnie na moim śpiworze. Honey spojrzała na mnie ciekawie, odwijając swój bandaż.
- Sam nie wiem. Chcę przeszukać to miasto, zbadać je. - powiedziałem, wzruszając ramionami, i prostując się, oparłszy o ścianę. - Może to tutaj ukrywają się zbiedzy.
- A jeśli nie? - zapytała GoGo natarczywym tonem, marszcząc wąskie, czarne brwi.
- Wtedy mamy łatwą drogę powrotną na zewnątrz, nie sądzisz? - odpowiedziałem pytaniem, wskazując na sufit. GoGo pojęła w lot o co mi chodziło. Nad miastem rozpościerała się dziura w skałach, przez którą wpadało tu słoneczne słońce. Jeśli nic nie znajdziemy, nie będziemy musieli się przejmować, czy ktoś nas tu znajdzie, po prostu stąd wylecimy z pomocą Baymaxa.
- Jak chcesz - dziewczyna wzruszyła ramionami, choć wyglądała na zamyśloną. Nie, była zmęczona, pomyślałem, widząc jej blade policzki i cienie pod jej pięknymi oczami.
- Idź spać - powiedziałem, przyglądając się jej. - Ja obejmę wartę.
GoGo spojrzała na mnie sennie i uśmiechnęła się ciepło.
- Tylko mi nie zaśnij tak jak ostatnio - mruknęła, po czym wstała i wyjęła z plecaka swój własny śpiwór i położyła się na nim w rogu pustego pomieszczenia.
Przypomniałem sobie, kiedy pomagała mi w ulepszeniach naszych strojów jakiś czasu temu i kiedy zasnęła u mnie na łóżku, opadnięta z sił. Teraz wyglądała tak samo bezbronnie, w co mógłbym uwierzyć, gdybym nie znał GoGo Tomago. Dziewczyna okryła się cieplej swoją grubą, szarozieloną kurtką, a jej włosy migotały lekko fioletowym blaskiem, gdy zza drzwi przebijało się słoneczne światło.
Uśmiechnąłem się sam do siebie, tak naprawdę nie wiem, z jakiego powodu. Dopiero po chwili zauważyłem, że Honey mi się przygląda z szerokim uśmiechem.
- Co? - mruknąłem pod nosem, a Honey tylko pokręciła głową, a jej blond włosy opadły na jej chude ramię.
Miałem ochotę przejść się, odetchnąć świeżym powietrzem i się ogarnąć. Było to głupie z mojej strony, że miałem jakąkolwiek nadzieję, a jedn wciąż powtarzałem sobie, że nie chcę tego zepsuć. Myśl, że przez moje głupie upodobania mógłbym stracić najcenniejszą dla mnie osobę, napawała mnie przerażeniem.
- Nie idziesz spać? - zapytałem Honey w końcu, nie mogąc znieść tej ciężkiej ciszy. Blondynka wzruszyła ramionami, nie spuszczając ze mnie spojrzenia zielonych oczu.
- Spałam już dzisiaj, kiedy Baymax mnie niósł. - odpowiedziała bez wahania. - Hiro... wiesz o co chcę cię spytać...
- O GoGo - odpowiedziałem, starając się nie dawać po sobie poznać żadnych emocji.
- Dlaczego jej nie powiesz? - padło pytanie, którego najbardziej się obawiałem ze strony Honey. Miałem tylko ślepą nadzieję, że GoGo naprawdę spała, nie tak jak ja, gdy podsłuchiwałem rozmowę przyjaciółek.
Obróciłem głowę z zamyśleniem, nie odpowiadając na zadane przez Honey pytanie. Sam nie wiedziałem, czemu skrywam to przed GoGo, ale prawda była taka, że chyba najbardziej bałem się jej reakcji, niż tego, co sobie o mnie pomyśli. Tak, wiem, co pomyśli, powiedziałem do siebie w myślach. Pomyśli, że byłem przy niej przez ten cały czas tylko ze względu na moje egoistyczne uczucia wobec niej.
- Rozgryzłam cię, Hiro Hamada - powiedziała poważnym głosem Honey, przyciągając moją uwagę. Zmarszczyłem brwi, nie wiedząc, co to może znaczyć. - Boisz się straty bliskich osób. Mam rację?
Czułem, że żołądek mi się przewraca wraz z całą zawartością. Nie wiedziałem, jak Honey to zrobiła, ale odgadła coś, co było źródłem mojego problemu, a czego ja nie potrafiłem rozszyfrować. Rzeczywiście chyba to nie pozwalało mi na ryzyko wobec GoGo. Zaraz pomyślałem o moich rodzicach i poszukiwanym przeze mnie Maysonie i o Tadashim, Callaghanie i tym wszystkim, co stało się całe dwa lata temu. Wszystkie wspomnienia z moim bratem coraz bardziej znikały mi z pamięci, zostawiając mnie samego. Gdybym jeszcze stracił GoGo...
Obróciłem wzrok, nie wiedząc jak podjąć temat.
- Przepraszam, Hiro - mruknęła Honey, krzywiąc się. - Przegięłam, prawda?
- Nie - odpowiedziałem jej szeptem. - Masz rację.
- Nie znam bardziej odważnego chłopaka niż ty - wyznała, siadając naprzeciw mnie ze swoją ranna nogą. - Dlaczego coś takiego miałoby ci stanąć na drodze?
Westchnąłem.
- Nie przeżyję kolejnej straty. - powiedziałem wprost, mając już pewność, że dalsze ukrywanie przed Honey moich lęków nie ma większego sensu, skoro już je odgadła. - Jeśli coś stałoby się cioci Cass, albo gdyby GoGo... Może powinienem odejść z Agendy. Tylko je narażam...
- Wiesz, że to już niemożliwe - odpowiedziała Honey, starając się brzmieć jednocześnie szczerze i optymistycznie. - Poza tym wszyscy zauważyliśmy, że nie chcesz odchodzić z Agendy, Hiro. Ta instytucja dała ci cel, zmieniła cię.
- Nie przesadzaj - mruknąłem, uśmiechając się lekko.
- Wcześniej nie rzuciłbyś wyzwania Yoko. Wcześniej trzymałbyś nos w książkach i wymyślał kolejne mniej lub bardziej użyteczne wynalazki. Teraz wiesz, co robisz. Dlatego właśnie to ty dowodzisz w naszym gronie, nie Baymax, czy Wasabi.
- O co ci chodzi? - zapytałem bezbronnie. - Wasabi świetnie by sobie poradził.
- Tak, jeśli mielibyśmy mieć zaplanowany każdy nasz krok i każdą, naprawdę każdą ewentualną alternatywę.
Musiałem naprawdę się natrudzić, by zahamować wybuch śmiechu. Honey uśmiechnęła się tylko lekko zażenowana moją reakcją. Jako jedyna z nas wyglądała na wypoczętą. I pomyśleć, że wcześniej unikałem jej towarzystwa, bo bałem się rozmawiać z nią o GoGo, choć właśnie tej rozmowy potrzebowałem. Baymax był niezastąpiony, ale wciąż był robotem. Poza tym Honey była niezwykle spostrzegawcza i potrafiła poznać prawie tak jak GoGo, czy coś mnie trapi.
- Idź spać, Hiro - powiedziała blondynka, podkładając pod siebie swoją chorą nogę. - Jesteś zmęczony tak jak wszyscy. Ja obejmę wartę.
Nie chciałem się z nią kłócić, więc po prostu bez żadnych protestów ułożyłem się na śpiworze, tak jak to zrobili inni i w mgnieniu oka opadłem w ramiona Morfeusza, zapominając o GoGo, o San Fransokyo i cioci, których zostawiłem, o Isla Menor oraz o kolejnych tajemnicach, skrywanych pod ziemią tej przeklętej wyspy.
Obudziłem się kilka godzin później, orzeźwiony krótką drzemką, a moi przyjaciele już rozmawiali ze sobą, wymieniając szeptem różne założenia. Przetarłem dłońmi swoje oczy i spojrzałem na nich, starając się odgarnąć od siebie falę znużenia. Nie mogłem teraz poddać się zmęczeniu. Musieliśmy działać, inaczej prędzej czy później ktoś na bank nas tu znajdzie.
- Nie mamy po co tutaj zostawać - wykłócał się znów Wasabi, pamiętając o tym, żeby nie mówić za głośno, nawet przy wzburzonych emocjach. - Jeśli są tu jacyś uciekinierzy, to na pewno nie w tym mieście.
- Skąd ta pewność? - zapytałem go, rozciągając się. Moi przyjaciele obrócili się w moim kierunku, dopiero zauważając, że wstałem. Siedzieli w ciasnym kółku na swoich śpiworach wokół Wasabiego, z którym zażarcie dyskutowali. Najwyraźniej mój barczysty przyjaciel ani myślał zostawać dłużej tu, w mieście.
- Hiro, kto normalny siedziałby tu z tymi dzikusami? - mruknął Wasabi, wywracając oczami. Żółta opaska próbowała schować do tyłu jego niesforne, brązowe dredy.
- Nie wiemy wszystkiego - odpowiedziała za mnie GoGo. - Myślę, że powinniśmy zbadać to miejsce.
- Też tak myślę - powiedziała wolno Honey, patrząc w podłogę. Najwyraźniej rozsądek mówił jej jedno, a troska o przyjaciół drugie - przecież logicznym było, że ona nie będzie mogła przeszukać starożytnych murów w takim stanie.
- To niby kogo chcecie wysłać? - prychnął Wasabi, zerkając na mnie spode łba z nutą troski. - Znowu Hiro?
- Może - GoGo najwyraźniej nie chciała dać mu satysfakcji z wygranej. - A może ja pójdę.
Przestraszyłem się, dobrze wiedząc, że dziewczyna nie rzuca słów na wiatr. Nie, ostatnim, czego chciałem było to, żeby się narażała.
- Przestańcie - warknąłem, podchodząc do nich. - Przecież nie po to obmyśliłem promień, żeby teraz skradanie się zostawiać komu innemu - powiedziałem, a Freddie zaśmiał się pod nosem.
- W sumie racja - odpowiedział. - Fajnie by było poszpiegować z tobą.
- Hiro ma rację - poparła mnie Honey. - To tak, jakby zlecić morderstwo Baymaxowi - powiedziała, po czym dodała szybko, patrząc na robota - bez obrazy.
- Nic się nie stało, Honey - odpowiedział uprzejmie robot.
Zauważyłem, że GoGo skrzywiła się nieznacznie na te słowa, po czym obróciła szybko głowę, chcąc to najwyraźniej ukryć. Wasabi westchnął i klepnął się po udach ze zdecydowaniem.
- Czyli rozumiem przegłosowane?
- Okej - mruknęła GoGo, wstając i otrzepując się z kurzu, zalegającego na chłodnym kamieniu. - Czyli wszystko jasne.
Odetchnąłem z ulgą, ciesząc się z takiego rozwiązania.
- Wasabi, Fred, pilnujcie Honey na wszelki wypadek - powiedziałem, dopiero po chwili pojmując, jak władczo to zabrzmiało. Przyjaciele skinęli jednak zgodnie głowami, bez żadnego sprzeciwu.
- A ty pilnuj się, stary - odparł Fred, klepiąc mnie po ramieniu. Uśmiechnąłem się na te słowa, które dodały mi nieco otuchy.
- Właśnie - poparł go Wasabi, rezygnując z dalszych kłótni.
- Na wypadek, gdyby Baymaxowi wyczerpały się baterie, zostawię wam przenośnik. Was, chyba wiesz jak go podłączać, nie? - spytałem, a wysoki przyjaciel roześmiał się szczerze.
- Hiro, chcesz mnie obrazić? - zapytał, mrugając do mnie. - Nie martw się, zajmiemy się Honey. Gorzej będzie z tamtą - mruknął, wskazując na GoGo, która w tym czasie spakowała się i założyła na plecy swój plecak.
- Nie kłopocz się - parsknęła, przeczesując dłonią swoje błyszczące włosy. - Nie zamierzam się tu z wami nudzić.
- Chyba nie zamierzasz... - zacząłem, obawiając się jednocześnie odpowiedzi.
GoGo wzruszyła ramionami i poprawiła swoje wysokie, górskie buty, jakby ignorując to, co na ten temat myślę. Cholera, czemu ona zawsze stawiała na swoim? - pytałem siebie w myślach, nie wierząc, że to się dzieje naprawdę.
- Myślisz, że pozwolę ci samemu łazić po tym durnym wysypisku staroci? Niedoczekanie - mruknęła, a Fred i Wasabi zachichotali, widząc moja minę.
- Zauważą cię, Go - powiedziała Honey, marszcząc brwi.
- Wątpię. - mruknęła GoGo, unosząc pewnie głowę. - Ktoś jeszcze ma jakieś zażalenia?
Kiedy odpowiedziała jej cisza, dziewczyna skinęła głową i otworzyłą drzwi, wychodząc na zewnątrz.
- Tylko się tu nie pozabijajcie, jak następnym razem zaczniecie skakać sobie do gardeł - mruknęła, opuszczając niski, kamienny budynek, a tym razem ja zarechotałem z ich głupich min. Z jednej strony nawet się cieszyłem z towarzystwa, z drugiej wciąż obawiałem o moją przyjaciółkę, ale w końcu będę miał ją obok siebie w razie, jakby wpadła w kłopoty.
Wyszliśmy na wąską, gładką ulicę, gdzie budynki zlewały się z podłożem w takim stopniu, że ciężko było określić, gdzie kończą się ściany, a zaczyna kamienna droga. GoGo włączyła strój jednym kliknięciem opaski na nadgarstku, a ja zrobiłem to samo.
- Pięknie to rozegrałaś, gratulacje - powiedziałem do niej z wyrzutem, niepocieszony. GoGo obróciła się do mnie i spojrzała tak, jakby nie wiedziała, o co mi chodzi.
- Wolałeś sam pakować się w kłopoty, tak? - mruknęła, stając w miejscu z pełną krytyki miną.
- Pewnie, że tak, w końcu ja was w to wpakowałem - nawet dosłownie, dodałem w myślach, bo ja i Honey wpadliśmy wtedy do tych przeklętych tuneli.
GoGo prychnęła pod nosem, nic nie robiąc sobie z moich pretensji.
- No tak, wpakowałeś, kłócąc się wtedy z Yoko i wpakowałeś, kiedy w ogóle zdecydowaliście o wstąpieniu do Agendy. - mówiła z coraz większą złością, na dodatek coraz głośniej. - Ale jesteśmy przyjaciółmi, Hiro i jeśli już coś robimy to, robimy to razem, zrozumiałeś? Przestań w końcu zachowywać się, jakbyś był nam coś winny! To...
W tej chwili na końcu ulicy zauważyłem następną dwójkę tubylców, którzy spacerowali spokojnym krokiem po swoim mieście. W dłoniach trzymali wysokie włócznie, a u pasów niże, które zdołałem zauważyć nawet z tak daleka. Zatkałem GoGo usta, po czym wepchnąłem ją w szczelinę między dwoma budynkami, po naszej lewej, chowając się tam razem z nią.
Przyjaciółka początkowo próbowała się wyrwać, ale szybko poznała po mojej minie, że zauważyłem tutejszych. Jej oczy rozglądały się dokoła z gotowością do działania, kiedy ja wyglądałem ostrożnie zza szczeliny, w której razem utkwiliśmy. Całe szczęście, nie zauważyli nas. Dobrze, że GoGo nie mówiła nieco głośniej, bo z pewnością czujni na obecność wroga wojownicy zaatakowaliby nas tymi swoimi włóczniami. Patrzyłem na nich tak długo, dopóki nie zniknęli za rogiem, skręciwszy w następną uliczkę. Odetchnąłem z ulgą, nie wierząc, że mieliśmy aż tyle szczęścia.
- Poszli już? - wyszeptała GoGo, przypominając o swojej obecności. Stojąc tyłem, nie mogła nawet spojrzeć na tubylców, których wcześniej zauważyłem.
Dopiero teraz zauważyłem, że stoimy tak blisko siebie, że prawie stykamy się nosami. Adrenalina, która zapulsowała w moich żyłach z chwilą zauważenia obcych minęła, zostawiając po sobie spojrzenie ciemnych, zaniepokojonych oczu GoGo, będących tak blisko moich własnych.
- Tak - odpowiedziałem, obracając od niej wzrok z zażenowaniem. Starałem się zignorować krążące po mojej głowie myśli, jak małą odległość dzieliły nasze usta.
Zdołałem wyswobodzić się z uścisku z nią i wyszedłem na ulicę, rozglądając się dokoła uważnie. Hiro, skup się, warczałem do siebie w myślach. GoGo rozejrzała się tak samo, po czym spytała mnie szeptem:
- Ilu ich było?
- Dwóch. Byli uzbrojeni jak tamci, ale inaczej wyglądali. - próbowałem zapamiętać, którego miejsca omijać, na wypadek, gdyby obcy wrócili. Musimy ruszyć w głąb miasta, pomyślałem ze strachem. Gdybym szedł sam, łatwiej byłoby mi się ukryć, czy nawet użyłbym promienia, ale Go...
- Którędy chcesz iść? - zapytała z mniejszą determinacją niż wtedy, gdy wychodziła z naszego prowizorycznego obozu.
- Przed siebie - mruknąłem, niezbyt pewny. - ale ty...
- Nic się o mnie nie martw - Go, machnęła ręką. - Włącz promień i idź normalnie ulicą, ja będę obok.
Po czym wskoczyła na stojące nieco dalej przy jakimś pewnie pustym budynku skrzynie i wspięła się po nich błyskawicznie na dach. Byłem pod wrażeniem, jak szybko sobie poradziła.
- Nie będę na ciebie długo czekać - powiedziała, odjeżdżając na swoich szybkich, tnących powietrze kołach.
Uśmiechnąłem się i zgodnie z jej rada uruchomiłem promień. Szedłem po ulicach tego miasta, zastanawiając się, jak długo zajmie nam zbadanie tego miejsca. Miałem nadzieję, że zdołamy szybko coś znaleźć, albo wrócić z zapewnieniem, że miasto nie skrywa niczego poza nieprzychylnie nastawionymi ludźmi. Co jakiś czas widziałem ludzi w progach swoich domów, którzy wychodzili, rozglądali się czujnie, po czym wracali do swoich siedzib, zatrzaskując za sobą z przestrachem drzwi. Co to za miejsce, pytałem siebie, nie rozumiejąc, jak to społeczeństwo może funkcjonować, skoro nikt nie ufa sobie na tyle, by żyć obok niego. Pewnie to dlatego jest tu tyle budynków, pomyślałem, dla zmyłki. Jeśli ktoś będzie chciał znaleźć cokolwiek ważnego u sąsiada, musiałby przeszukać kilkanaście domów wokół siebie, zanim zdołałby natrafić na zamieszkany budynek. Poza tym ci "strażnicy", patrolujący ulice wcale nie wyglądali na ludzi, którzy mieli strzec bezpieczeństwa, a wręcz przeciwnie.
Zazwyczaj, jeśli zauważałem na ulicach jakiś samotnych ludzi, byli to mężczyźni, raz jednak udało mi się zauważyć samotną kobietę. Była może w wieku cioci Cass, ale wyglądała na o wiele starszą. Rozglądała się czujnie dokoła jak tamci, jakby poszukiwała zagrożenia. Miała na sobie sukienkę zrobioną z ciemnobrązowej skóry, która została oprawiona w naprawdę skuteczny sposób. Sam ubiór tutejszych sprawiał wrażenie, jakby stopień ich cywilizacji wcale się nie zatrzymał. Oprócz sukienki kobieta miała na ramionach tkaninę, która również musiała być robiona ręcznie. Gdy jednak mieszkanka spojrzała w moim kierunku, oczywiście mnie nie zauważając, wzdrygnąłem się na widok jej blizny, która szpeciła jej pełną czujności twarz. Kto mógł tak ją skrzywdzić? Blizna wydawała się przypominać cięcie ostrza, nie zadrapanie dzikiego zwierzęcia, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, z jakim niebezpiecznym ludem mamy do czynienia.
GoGo w końcu machnęła ręką w kierunku pustej uliczki, która kończyła się daleko wysokim murem, sięgającym dwóch dachów przeciwległych domów. Gdy poszedłem we wskazane miejsce, zauważyłem różne skrzynie - większe lub mniejsze oraz stojące obok beczki. Może GoGo się pomyliła, może ktoś tu mieszkał, pomyślałem ze strachem, ale zanim zdołałem ją ostrzec, GoGo zeskoczyła z dachu na ziemię, lądując tuż przede mną. Wyłączyłem od razu promień, stając za skrzyniami, które zasłaniały mnie od głównej ulicy.
- I jak? Czego się dowiedziałeś? - wyszeptała, zaglądając przez moje ramię na dalszą część osady, tak jak ja wcześniej.
- Niewiele. - odpowiedziałem, czując, że coś jest nie tak, tylko nie wiedziałem, co może oznaczać to dziwne przeczucie. - Myślę, że nie mamy tu czego szukać. Powinniśmy znaleźć resztę i...
Zanim zdołałem skończyć, poczułem, że ktoś łapie mnie brutalnie za ramię i wciąga do budynku obok, po czym przyciska do ściany, przykładając mi nóż do gardła. Spojrzałem na mojego napastnika, czując, że to chyba ostatnie chwile w moim życiu, ale nie zauważyłem w nim tubylca, którego się spodziewałem. Był to średniego wzrostu mężczyzna, który miał na sobie ciężką, czarną kurtkę, poprzecieraną w wielu miejscach, a na brodzie gęsty zarost, który wskazywał, że obcy dawno nie miał kontaktu z brzytwą. Patrzył na mnie mrożącym krew w moich żyłach spojrzeniem niebezpiecznie obojętnych szarych oczu.
GoGo wskoczyła do domu za nami, stając po drugiej stronie drzwi z jaskrawożółtym dyskiem w rękach. Jeden dobrze trafiony rzut i człowiek przede mną byłby martwy, pomyślałem, ale obcy przycisnął wolną dłoń do mojego gardła, a nóż podniósł nad moją głowę.
- Każ jej to opuścić - warknął niskim głosem mężczyzna, wpatrując się z wściekłością, to na mnie, to na przerażoną GoGo, która nie spuszczała mnie z oczu. - Już. - dla potwierdzenia swoich słów, zbliżył nieco ostrze do mojej twarzy.
Spojrzałem na GoGo i skinąłem głową, wiedząc, że strach odebrał mi głos. Dziewczyna patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami i wygiętymi w grymasie ustami. Widziałem po niej, że się bała, być może bardziej niż ja. Spodziewaliśmy się ataku tutejszych, a nie człowieka, który mówił w cywilizowanym języku.
GoGo jednak upuściła dysk, który zabrzęczał cicho, gdy dotknął podłoża.
- Kim jesteście? - zapytał człowiek, nie puszczając mnie ani na moment, jakbym miał mu uciec, nie dając odpowiedzi. Pomimo ucisku na moim gardle, spróbowałem odpowiedzieć.
- Jesteśmy z Japonii - powiedziałem wprost, nie chcąc zdradzać naszych imion. - Znaleźliśmy się tu przez przypadek - skłamałem, a obcy przybliżył tylko ostrze do mojego gardła.
- Nie kłam, nienawidzę kłamców - warknął nieznajomy, obserwując mnie wciąż czujnie swoimi szarymi oczami. Wreszcie mój umysł zaczął znów pracować. To musi być jeden z przestępców, pomyślałem, starając się wymyślić coś, co mogłoby mi uratować skórę. - Co chwilę wysyłają tu kogoś, kto próbuje nas znaleźć.
Spojrzał na GoGo, nie ukrywając wściekłości i splunął na bok.
- Po co tu przyjechaliście? Gadaj.
- Jeśli pan mnie udusi, to niczego się nie dowie - warknąłem, mając dość pytań, na które nie miałem nawet szansy odpowiedzieć. Mężczyzna nie odpowiedział, ale jego spojrzenie odrobinę złagodniało, jakby mój wybuch nieco go zdziwił. Patrzyłem na niego cały czas, jakbym bał się, że gdy spojrzę na bok, ręka z nożem opadnie.
Facet w końcu puścił mnie, ale wciąż trzymał nóż. Gdy to zrobił, spojrzał na GoGo.
- Czemu jako jedyni szukacie tutaj? - zapytał, a my nie do końca zrozumieliśmy, o co mu chodzi. Wiadomo, mężczyzna wiedział o różnych misjach Agendy na Isla Meonr, dlatego mówił, że co chwilę tu kogoś wysyłają, ale jego spojrzenie mówiło, że coś ukrywa.
- Znaleźliśmy tunele przez przypadek - odpowiedziałem za GoGo. - Nie wiedzieliśmy, że są tu jacyś tubylcy.
Uciekinier otworzył jeszcze szerzej oczy, jakby nie wierzył w to, co słyszy. Wciąz nie rozumiałem, co jest grane. Opuścił rękę z nożem, wpatrując się we mnie niemal z beznadziejnością.
- Czyli, że nie wiedzieliście o tunelach? - zapytał cicho.
- Nie - skłamałem znowu, modląc się, by tym razem w to kłamstwo uwierzył, choć w sumie była w tym nić prawdy, bo sama mapa nie dawała nam nic, dopiero, gdy wpadliśmy do tunelu zaczęliśmy ją badać.
Mężczyzna zaklął pod nosem, zamachnął się w powietrzu. Wyglądał na zrezygnowanego i pełnego wściekłości. Musiałem być czujny, wciąż był niebezpieczny.
- Cholerni kretyni... - warknął. - Zostawili nas. Za co?
- Kto? - zapytała GoGo z chrypą w głosie. - Kto was zostawił?
- Zakład. I ta wasza firma... nie wiem, jak się nazywa. Wszyscy przestali nas szukać jakieś pół roku temu...
- Stop, moment. - powiedziałem, zirytowany tym, że niewiele wiem. Mężczyzna spojrzał na mnie swoim gburowatym spojrzeniem. - Czyli pan chce, żebyśmy pana odnaleźli? Nic nie rozumiem...
Facet spojrzał to na mnie, to na zamyśloną GoGo, po czym podszedł i zamknął drzwi z trzaskiem, kiedy GoGo odskoczyła na bok, pewna, że podchodzi do niej. Ja również przez moment tak myślałem.
- Wy naprawdę nie wiecie co tu się dzieje? - zapytał, a my pokręciliśmy zgodnie głowami.
- Te dzikusy podkopały się pod zakład karny i porwały jakąś połowę gości, która tam siedziała. Wszyscy uznali, że to była ucieczka, bo zobaczyli te podkopy, ale dzicy zakopali je poza murami zakładu i nikt nie trafił po naszych śladach. Tymczasem tamci zabijali nas po kilku na pełnię, reszta siedzi i milczy, bo wiedzą, że mogą być następni.
- Co? - wyrwało się GoGo, zanim zdołała powściągnąć język.
Mi też zdawało się to niezbyt realne, ale widziałem, że facet nie kłamie. Jego ręce drżały lekko, nie był tym samym człowiekiem, który zaatakował mnie z nożem w ręku. On się bał.
- Naprawdę? - zapytałem, chcąc brzmieć obiektywnie. - Znaczy... to jak panu udało się uciec tubylcom?
Obcy obrócił się i spojrzał na mnie z obojętnością, jak wilk patrzący na gołębia, którego ledwie upolował, po czym wypuścił go, uznawszy, że nie ma apetytu. GoGo wykorzystała moment, kiedy tamten stoi po drugiej stronie pomieszczenia i podeszła do mnie szybko, łapiąc mnie za rękę i ściskając ją mocno.
- Zwyczajnie. Musiałem zabić jednego ze strażników mojej celi. Ukrywam się już tu pół tygodnia, szukają mnie po ulicach. - przestępca wzruszył obojętnie ramionami, po czym spojrzał na nas zmęczonym spojrzeniem. - A może wy macie coś do jedzenia?
Spojrzeliśmy po sobie z GoGo, po czym puściłem jej dłoń i zdjąłem z pleców mój plecak, szukając w nim jakiegoś prowiantu. Natrafiłem na dwa suche batony, po czym podszedłem do obcego i podałem mu, wciąż uważnie go obserwując.
- Dzięki - odparł, biorąc ode mnie batony i pałaszując je szybko.
- Hiro, - GoGo złapała mnie za ramię i wyszeptała mu do ucha. - Co chcesz robić? Nie możemy mu ufać...
- Wiem, co robię - powiedziałem jej, obmyślając w głowie jeszcze niedoskonały plan, po czym zwróciłem się do mężczyzny na głos: - Czyli chce pan wrócić do zakładu, tak?
- On zawsze tak wolno myśli? - zagadnął nieznajomy ponuro GoGo. - Pewnie, że tak, chłopczyku. Inaczej po co ryzykowałbym życie, żeby uciec dzikusom? Zrobiłem wiele złego, ale lepsze jest gnicie w pace niż poszatkowanie przez tych dzikich.
Spojrzeliśmy na siebie z GoGo, wiedząc już, że znaleźliśmy rozwiązanie naszego problemu. Mężczyzna patrzył na nas z obojętnością, w końcu nie przeszkadzaliśmy mu w jego ucieczce.
- Jesteśmy tu właśnie po to, żeby zwrócić was do zakładu - powiedziałem szczerze. - Działamy w jednej lidze, możemy wam pomóc.
Facet patrzył na nas nieufnie swoimi szarymi oczami, jakby badał, czy chcemy go oszukać, czy nie. Wyglądał, jakby naprawdę żył w stresie przed tubylcami, poza tym był całkiem zarośnięty, jakby żył w dziczy przez dłuższy okres czasu.
- Po co miałbym wchodzić z wami w układy? - prychnął. - Wy spoczniecie na laurach, a tubylcy niedługo dobiorą się do całego zakładu.
- W takim razie pomożemy wam dostać się do zakładu i zeznamy, że wcale nie uciekliście i że powinni zapewnić wam lepsze warunki. - powiedziałem, poprawiając się. - Zgoda?
Facet spojrzał na nas niepewnie. Sam nie wiedziałem, kto jest bardziej nieufny, my wobec nieznajomego przestępcy, czy on wobec dwójki, którą wysłała nieznana mu instytucja. W końcu schował swój nóż do kieszeni z westchnieniem i wyciągnął przed siebie dłoń. Bez zastanowienia uścisnąłem ją, nie spuszczając z oka porwanego.
- Zgoda. - odpowiedział. - Nie próbujcie nawet nie dotrzymać tego, co mówicie - postraszył nas swoim niskim głosem. Trzeba przyznać, że mu się to udało.
- Jesteśmy tu po to, by pomóc. - powiedziałem spokojnie. - A teraz to wy potrzebujecie pomocy.
Obcy zaśmiał się pod nosem, gładząc swój zarost.
- Jak dwójka dzieciaków może nam pomóc? - zapytał.
- Nie jest nas dwójka - odpowiedziała pewnie GoGo. - A my nie jesteśmy zwykłymi dzieciakami.
Porwany chyba nam nie uwierzył, ale obserwował nas uważnie, jakby chciał się przekonać, czy w słowach GoGo tkwi ziarno prawdy.
- Jestem James. - usłyszeliśmy cicho.
- A ja Hiro - powiedziałem, wychodząc z budynku za nim. GoGo szła za mną jak cień, nie odzywając się, choć wyczuwałem, że nie do końca podoba jej się pomysł współpracy z groźnymi przestępcami. To jednak mogła być nasza jedyna szansa, a jednocześnie ich, bo wydostanie się z tych tunelów może być awykonalne bez żadnej pomocy.
Nie dam rady jeszcze dziś dodać na Czkastrid, także z góry przepraszam, ten weekend mnie wykończył :/ byłam na małym spotkaniu młodych, udzieliłam wywiadu do gościa, będę w pt w tvp1 (przygotowania do śdm i takie tam) więc jak ktoś chce zobaczyć co porabia Legnica i jacy są szurnięci to zapraszam :DDD
Poza tym jeszcze całą noc byłam na amnestach i pisałam listy w szkole :p przyszłam o 6 do domu i jestem ledwie żywa, mówię - ostatni raz. Mam nadzieję, że wam lepiej minął ten weekendzik, opowiadajcie :))
12/06/2015
Sekrety wyspy
GoGo obudziła mnie jakieś dwie godziny później. Moi przyjaciele wyglądali na jeszcze mniej wypoczętych niż poprzedniej nocy, która napędziła nam niezłego stracha. Spojrzałem na przyjaciółkę i zerwałem się z pośpiechem z kamiennej posadzki, od której zmarzłem. Już wolałbym spać na ulicy w San Fransokyo, pomyślałem i nie wiedzieć, czemu, zaraz spotkałem się z moimi wspomnieniami, gdy jechaliśmy na biedniejszą dzielnicę miasta do osamotnionych magazynów, gdzie mieliśmy wykonać nasze zadanie przed tą misją na Isla Menor. Wtedy przez ułamek sekundy zauważyłem ludzi mieszkających w kartonach ustawionych między wysokimi budynkami, w zamkniętych i niedostępnych dla świata zewnętrznego ulicach.
Wystarczyła mi minuta, by połączyć to, czego dowiedziałem się wcześniej podsłuchując rozmowę Honey i GoGo oraz pomysł na pomoc dla ludzi, których wtedy zobaczyłem, by móc odegrać się na mojej przyjaciółce. I myślę, że było to o wiele okrutniejsze niż zwykła kłótnia z nią.
- Coś się stało? - zagadnęła mnie GoGo, gdy poprawiałem umocowanie mojej opaski na rękę, która uruchamiała mój kostium. Wyłączyłem go, pozostając w moich zwykłych ubraniach, czyli wygodnych jeansach i ciemnogranatowej bluzie. Nie było sensu dalej chodzić w naszych strojach, dopóki wciąż włóczymy się po tunelu.
- Nic - odpowiedziałem krótko, idąc wolnym krokiem w kierunku, który poprzednio zdecydowałem. Nie było sensu się kłócić, poza tym jeśli GoGo przeszła na moją stronę w naszej sprzeczce, to równie dobrze mogłem ją uznać za wygraną.
Moi przyjaciele po chwili zrobili to samo, doganiając mnie szybko. Tym razem Baymax niósł Honey, która uparła się, że nie chce obciążać zanadto Wasabiego, który z kolei zapewniał ją, że nie męczy się, gdy ją niesie. I bądź tu człowieku cierpliwy z takimi...
Szedłem w ciszy, zastanawiając się dokładnie nad pomysłem, na który wpadłem. Poza tym wolałem w spokoju wyciszyć moją złość na GoGo, niż psuć to, co zamierzałem. Po głowie jednak krążył mi ów dziwny wzór, który coś musiał znaczyć. Wyciągnąłem w końcu z plecaka mapę, podarowaną nam przez Yoko i zacząłem śledzić linie, zaznaczone na śliskim papierze jako tunele, które udało się wykryć Agendzie.
Nagle stanąłem jak wryty. Te linie... Kształt wyspy. Wszystko wskazywało na to, że jednak ten wzór coś oznaczał...
- Hiro, natrafiłeś na coś? - spytał Wasabi zauważając moją minę. Otworzyłem szeroko usta, wpatrując się w kawałek papieru w moich dłoniach.
- Ta wyspa ma unikalny kształt - wyszeptałem. - To ten kształt, który tworzą postacie na freskach. - wskazałem im pobliski malunek o tym samym wzorze.
- Czekaj, moment... Co? - zapytał Fred wpatrując się zamiast tego w mapę.
Ten sam krzywy czworokąt, który tworzyły głowy czterech postaci na każdym fresku widniał na mapie jako krawędzie wyspy, które zalewała morska woda.
- I co to ma wspólnego z... - zaczęła GoGo, ale jej przerwałem.
- Wszystko. Wiem, czemu nie potrafiliśmy jej odczytać. Po prostu źle ją trzymaliśmy.
Mówiąc to oparłem mapę o ścianę w pobliżu znajomego fresku z czterema postaciami, po czym obróciłem ją tak,aby kształt wyspy odpowiadał ułożeniu postaci na ściennym malowidle.
Tej czynności towarzyszyła mi niepokojąca cisza. Moi przyjaciele wpatrywali się w ścianę z szokiem, jakby pierwszy raz ujrzeli trzymaną przeze mnie mapę. W końcu jednak GoGo podeszłą do mnie spojrzała znad mojego ramienia.
- Czy to nie jest to miejsce z wodospadem? - zapytała, muskając palcem wskazującym punkt przy niebieskiej linii, wyraźniejszy od reszty. Skupiłem się i zauważyłem, że miała rację. Na mapie ewidentnie widać było mały zbiornik wodny, który minęliśmy.
Po słowach GoGo reszta się ożywiła. Zaczęliśmy razem analizować drogę, którą przeszliśmy i razem doszliśmy do wniosku, że przeszliśmy już jedną trzecią tej wyspy.
- Patrzcie - wskazała Honey. - W tym miejscu nie ma żadnych tuneli, choć ewidentnie inne do niego wiodą. Myślicie, że to tam mogą ukrywać się przestępcy? - zapytała, ale żadne z nas nie odpowiedziało, zajęte rozmyślaniem nad jej teorią.
Spojrzałem w końcu na cichego jak zawsze robota, stojącego za mną jak cichy strażnik.
- Baymax, jak daleko są ci obcy? - spytałem, a robot wykonał oczami ruch, jakby marszczył brwi, których nie miał.
- Oddaliliśmy się od tamtego miejsca, a najbliżsi ludzie musieli odejść zbyt daleko, bym mógł ich namierzyć - odpowiedział, a ja zakląłem pod nosem. Im bliżej byliśmy rozwiązania zagadki, tym więcej czekało nas niepowodzeń.
- Nie stresuj się, Hiro - powiedział Wasabi uspokajająco. - I tak jesteśmy blisko. Czuję to.
- Właśnie, stary. Spisałeś się - dopowiedział Fred, klepiąc mnie po ramieniu.
- Baymax, powiesz mi, jeśli namierzysz jakiś obcy ruch w tunelach?
- Dobrze - odpowiedział robot, a ja przekląłem w myślach swoją głupotę, że wcześniej na to nie wpadłem. Oszczędzilibyśmy sobie niepotrzebnego łażenia po tunelach, gdybyśmy wiedzieli, dokąd konkretnie mamy się udać.
- Dobra, to Hiro bierze mapę a my ruszamy do miejsca, które zaproponowała Honey. - zaczęła GoGo oficjalnie, opierając ręce na biodrach. - Kto jest za?
- Ja!
- Ja.
- Ja...
- Ja też!
- To chodźmy - zakończyłem z uśmiechem. To była chyba jedyna decyzja podjęta dzisiaj, na którą zgodzili się wszyscy z nas.
Honey przytuliła się do Baymaxa, którego biały pancerz emanował ciepłem. Robotowi najwyraźniej noszenie dziewczyny przeszkadzało o wiele mniej niż Wasabiemu, choć oczywiście tamten nie dawał tego po sobie poznać. Zdziwiło mnie to, w końcu nie widziałem, żeby Wasabi miał tak dobry kontakt z Honey, co wyraźniej zdziwiło Freddiego jeszcze bardziej niż mnie.
Z godziny na godzinę czułem, że moje nogi wkrótce odpadną. Miałem dość ciągłego chodzenia po wyspie, wolałem już krótką walkę z przestępcami, niż trzy dni pełne wysiłku, który i tak do niczego nie prowadził.
W końcu po wielu trudach i oglądaniu wciąż tych samych malowanych mdłą farbą ścianach, Baymax wyczuł sygnał. Byłem już na skraju wyczerpania, jak i reszta moich przyjaciół, choć z taktem tego nie pokazywali. Nawet krótkie, acz coraz częstsze przerwy nie pozwalały nam odpocząć, a wyspa ciągnęła się wzdłuż coraz dalej i dalej. Zastanawiałem się, jakim cudem tubylcy wybudowali coś takiego... Oczywiście, nie miało to nic wspólnego z Wielkim Murem Chińskim, choć nie sądzę, by te starożytne tunele miały tak słabą wartość w stosunku do jednego z nowoczesnych cudów świata. Przynajmniej na Wielkim Murze nikt nie rysował dziwnych i trudno odczytywanych obrazów...
- Mam coś - rzekł Baymax, przystając. Spojrzeliśmy na niego, jak na nasze wybawienie od ciągłych spacerów po ciemnych tunelach.
- Co? - zapytał w końcu Fred.
- Idziemy w dobrym kierunku - odpowiedział krótko Baymax, po czym ruszył w dalszą drogę z Honey na rękach, wymijając nas.
- Ale jak to... czekaj, ilu ich jest? Czy są uzbrojeni? - dopytywałem się, ale robot nie odpowiedział na moje pytania.
- Hiro, to sam sygnał. Nie potrafię określić więcej. - powiedział, a ja wypuściłem głośno powietrze, starając się uspokoić. Mogłem mu poprawić te cholerne wskaźniki, irytowałem się. Najwyraźniej pomimo tak dokładnego planowania tej misji i tak musiało pozostać coś, czego nie przewidzieliśmy. Przypomniało mi to obóz kajakarski z Tadashim. Akurat wtedy zapomnieliśmy połowę naszego bagażu. Moja ciocia nie była zachwycona faktem, że musiała przejechać ponad sto kilometrów, by przywieźć nam niezbędne rzeczy.
- Uspokój się - szepnęła GoGo, uśmiechając się do mnie łagodnie i kładąc mi dłoń na ramieniu. - I tak daleko zaszliśmy. Mapa, tunele... To nie poszło na marne.
Spojrzałem jej w oczy i ze zdziwieniem zauważyłem w jej spojrzeniu szczery podziw, skierowany właśnie do mnie. Mogłem tak patrzeć na nią godzinami, nie przejmując się upływem czasu, gdyby nie fakt, że byliśmy przyjaciółmi, a tak długie spojrzenia nie byłyby czymś naturalnym w naszej relacji. Tak samo jak ten moment w szpitalu, podpowiedziała mi moja złośliwa podświadomość, a ja zaczerwieniłem się od stóp do głów, bardziej ze względu na wspomnienie o chwili, gdy pan Tomago przeszedł zawał, niż chwili obecnej.
GoGo musiała tego nie zauważyć, bo szła dalej obok mnie, oglądając się spokojnym, niemal leniwym spojrzeniem na boki. Ciemne kosmyki opadały jej na czoło, zasłaniając jej poniekąd widoczność, ale dziewczynie musiało to nie przeszkadzać.
- Baymax - zacząłem, dobiegając na moich obolałych nogach do robota. - Odpal silniki.
Robot wciąż miał na sobie swój czerwony kostium, dlatego dobrze byłoby to wykorzystać zamiast ciągłego spaceru. Podszedłem do niego i przyłożyłem opaskę na moim nadgarstku do pleców robota, a dwa magnesy automatycznie się załączyły. Moi przyjaciele zrobili to samo, chwytając się pozostałych magnesów i następując na podstawy wokół silników na piętach Baymaxa.
- Trzymacie się? - zapytał robot, a nasza czwórka przytaknęła z ulgą. Honey złapała się ramienia Baymaxa, aby upewnić się, że nie wypadnie z rąk robota, kiedy ten wystartuje. Cóż, Baymaxowi mógłbym powierzyć własne życie, co już nie raz robiłem i miałbym pewność, że da sobie radę.
Ruszyliśmy z prędkością, przy której nasz powolny chód zdawał się być niemal staniem w miejscu. Tunel nie był zbyt wysoki ani szeroki, ale Baymax nie miał żadnego problemu, by orientować się przy wysokościach sufitu. My skuliliśmy się na jego plecach, które teraz znajdowały się równolegle pod sufitem, aby przypadkiem nie zaczepić o coś głową.
- Jak myślicie, co znajdziemy w tym punkcie? - zapytał z zaciekawieniem Wasabi. Chyba ożywił się po naszej decyzji o locie z Baymaxem. Nie sądziłem nawet, że robot da sobie radę w takich wielkościach, co więcej, nawet nie wiedziałem, gdzie dokładnie chcemy lecieć, a perspektywa wlotu na jakąś ścianę nie byłą zbyt przyjemna. Teraz jednak, gdy miałem przed sobą mapę, mogłem niemal zaplanować nasz lot.
- Czy ja wiem, jakieś rupiecie, może następne zakopane szczątki... - zaczęła GoGo obojętnym tonem, ale jej oczy nie dały się zwieźć i widać było po nich, że przeżyła tamten moment w puszczy, gdy Wasabi i Fred odkryli pole bitewne.
- Wielkie dzięki, Go - mruknęła niezadowolony Freddie. - Od razu mi ulżyło.
Lecieliśmy tak może z pół godziny, gdy nagle Baymax zwolnił i opadł na ziemię, a my musieliśmy się bardziej doczepić do magnesów na jego ciele, aby nie spaść, gdy robot dotknął ziemi.
- Co się stało? - zapytałem, schodząc znów jako pierwszy. Wasabi zeskoczył tuż za mną, otrzepując ręce.
- Tam coś jest... - zaczęła Honey. Gdy podszedłem obok robota, zauważyłem, że przyjaciółka mruży oczy, jakby coś zauważyła.
- Dwie postacie. Idą w naszym kierunku. - odparł robot.
- Wyłączcie latarki - nakazałem przyjaciołom, którzy błyskawicznie zareagowali na tą komendę, jakby sami wyczuli, że lepszym pomysłem będzie się podkraść do obcych, niż bezpośredni atak.
Zauważyłem odnogę naszego tunelu w okolicach kilku kroków i machnąłem ręką do pozostałych, skradając się w kierunku wylotu. Może ci obcy pójdą głównym szlakiem, myślałem z nadzieją. Nie zdążyli nas zauważyć, nawet Baymax zachowywał się zbyt cicho, by ktokolwiek zdołał go usłyszeć. Całe szczęście, że pomajstrowałem trochę przy jego głośnych silnikach przed wyjazdem, pomyślałem. Schowaliśmy się za ścianę nasłuchując uważnie.
Obcy zbliżali się z każdą chwilą, rozmawiając ze sobą. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie mają latarek, tylko pochodnie. Nic dziwnego, w takiej głuszy. Jednak słowa, jakich używali do rozmowy, akcenty... Sam nie wiem, jaki mógłby być to język. Zdawał się przypominać japoński, ale nie do końca. Do angielskiego bardzo mu brakowało, był zbyt prymitywny, stanowczy.
Dopiero, gdy dwójka ludzi wyszła w zasięgu naszego wzroku, zobaczyliśmy ich w pełnej krasie. To nie byli przestępcy. To byli tubylcy! Mieli na sobie szare stroje ze skór, okrojonych przez wprawne ręce. Na dłoniach nosili potężne bransolety, a twarze mieli wymalowane w ciemne wzory. To dlatego nie mogliśmy zrozumieć, po jakiemu mówią. Nie sądziłem, że na tej wyspie zachowa się jakiekolwiek plemię, a już tym bardziej, że nie będzie znało cywilizacji. Zszokowało mnie to. Słyszałem czasem wzmianki o ludach żyjących w Amazonii, które wolały swoją wolność i całkowity brak obcych z zewnątrz niż przedmioty ułatwiające im życie, lekarstwa, pomoce...
Obracali się wokół, ale nie widzieli nas. Światło pochodni było zbyt słabe, a my staliśmy za daleko. Rozmówcy wyglądali, jakby kłócili się ze sobą, wymachiwali dłońmi w groźnych gestach i warczeli przy niektórych słowach. Najwyraźniej lud był tak brutalnie wychowany, jak pozbawione łagodności i harmonii były ich freski na ścianach. Dopiero po pewnym czasie zauważyłem uczepione do ich pasów potężne noże o długości ich ramion i szerokości dłoni. Ich ostrza były ząbkowane, jakby stworzone do zadawania bólu.
Czekaliśmy w narastającej ciekawości i przerażeniu, aż tubylcy odejdą, by móc skonsultować się ze zszokowaną resztą. To wywróciło nasze plany do góry nogami. Mieliśmy schwytać przestępców, którzy uciekli, i sprowadzić ich z powrotem do zakładu karnego. Tyle. Nie sądziłem, że ta wyspa będzie skrywała starożytny lud, który najwyraźniej nie posiadał żadnych skrupułów, albo miał zbyt rozchwianą wyobraźnię, sądząc po malowidłach.
Gdy odeszli, odetchnęliśmy głęboko, chowając się jeszcze bardzie w głąb tunelu i pogrążając się w całkowitej ciemności. Nie świeciliśmy jednak latarki. Za tą dwójką mogli iść kolejni, którzy zauważyliby światło.
- O rany, co to jest? Tego nie było w założeniach! - wymamrotała jako pierwsza Honey, nie wytrzymując. Słyszałem w jej głosie strach, którego nie mogła już dłużej skrywać.
- Zgadzam się z Honey - powiedział Wasabi. - Nie mamy z nimi szans! Widziałeś ich broń?
- Nie możemy się poddać - powiedziała GoGo. - Zaszliśmy już tak daleko...
- No właśnie. - poparł ją Fred łagodnym głosem, jakby jako jedyny nie przejął się całą tą sytuację.
Uciszyłem ich wszystkich, starając się zachować spokój. Nie, to się chyba nie dzieje naprawdę, pomyślałem. Nic dziwnego, że Ithaniemu nie udało się wykonać tej misji, pomyślałem sobie tym razem bez żadnej satysfakcji.
- Słuchajcie, jeśli tubylcy znaleźli uciekinierów, tamci są w tarapatach. Musimy rozeznać się w sytuacji. Może nas tutaj potrzebują...
- Jak zamierzasz to zrobić? - spytała GoGo, ale natychmiast odpowiedział jej Wasabi.
- Hiro, ty jako jedyny możesz się tam przemknąć niezauważony. Zbadaj sprawę, może rzeczywiście powinniśmy zostać...
Zanim zdołałem odpowiedzieć, poczułem, że ktoś chwyta moją dłoń w drżącym geście, jakby nakazywał mi pozostać. Choć w ciemności nie potrafiłem zauważyć naprawdę niczego, to jednak gdy przyjaciele mówili, zdołałem mniej więcej odgadnąć, w których miejscach stoją. Zacisnąłem swoją dłoń na ręce GoGo, starając się ją wesprzeć samym dotykiem.
- Okej, ale nie oddalajcie się i nie świećcie światła. Tamci mogą wrócić... - odpowiedziałem.
- Hiro, nie, lepiej zostań... - zaczęła Honey, ale już jej nie słuchałem, puściwszy lekko dłoń GoGo, z którą nie chciałem się rozstawać. Wiedziałem jednak, że bezczynność w tej sytuacji byłaby ogromnym błędem.Prędzej czy później ktoś nas tutaj znajdzie, a wtedy możemy być w sporych tarapatach.
Włączyłem więc promień, który czynił mnie niedostrzegalnym i zacząłem się skradać do miejsca, z którego wyszli tubylcy. Nie było to zresztą daleko, bo z tej odległości mogłem zauważyć słabą łunę światła, która brała swoje źródło ze szczeliny wyrytej w jednej ze ścian tunelu. Zmrużyłem oczy, porażone nagłym blaskiem światła w dobrze mi poznanej ciemności, a gdy mój wzrok zdołał się do niego przyzwyczaić, wszedłem do środka, osłaniając jeszcze twarz. Pod ziemią mogliśmy spędzić jakieś dwa dni, chociaż zdawało nam się, że trwało to kilka tygodni.
Kiedy w końcu zdołałem podnieść wzrok, moje oczy otworzyły się szeroko w szoku na widok czegoś, co Agenda na pewno nie przewidziała. Stanąłem na sypkim, złotym piasku, a przed moimi oczami rozciągał się widok na starożytne miasto, zamknięte pod ziemią jak prastary grobowiec. ściany wszystkich budowli były rzeźbione z litej skały - miały w sobie złowrogie piękno, niczym tygrys, przyczajony do skoku. Biel marmuru i złoto piaskowca odciskały się w niektórych blankach i pałacach, jednak najbardziej dziwiło mnie to, że pomimo że miasto to było położone pod ziemią, to wydawało się, jakby stało na miękkich gruntach Isla Menor. Kiedy spojrzałem do góry, zobaczyłem, że światło słoneczne przebija się przez otwór wielkości jednej trzeciej miasta i oświetla go swoim cudownym blaskiem. Więc w taki sposób ci ludzie żyją pod ziemią, pomyślałem, ciesząc się promieniami słońca, muskającymi moje skąpane przez dłuższy czas w ciemności ciało swoim ciepłym dotykiem. Co jeszcze czekało na nas na tej wyspie, pomyślałem z narastającą trwogą.
Dobra, tak jak na Czkastrid muszę przyznać, że jest to mój prezent ode mnie dla Was z okazji Mikołajek, bo miałam dodać dopiero za kilka dni :** Bardzo podoba mi się rosnąca popularność mojego bloga, im więcej będzie nas w tej wspólnej przygodzie, tym lepiej <3 Nie mówiąc już o tym że moim nałogiem stało się czytanie waszych komów XD
No, tak postanowiłam że będę pisać rozdział tu i na Czkastrid w weekendy, ponieważ muszę nieco zacząć ogarniać naukę itd w końcu technik ekonomista się kłania, a ja mam niedługo wystawienie ocen ;-; o zgrozo... tak to jest jak ma się dłuuuugie ferie bo święta, praktyki i kolejne ferie a do szkoły wrócę gdzieś przed marcem pewnie :333 ale jednak praktyki oznaczają większy luz więc na pewno o Was nie zapomnę :D
Trzymajcie się kochani, buźka od Just ;*
Wystarczyła mi minuta, by połączyć to, czego dowiedziałem się wcześniej podsłuchując rozmowę Honey i GoGo oraz pomysł na pomoc dla ludzi, których wtedy zobaczyłem, by móc odegrać się na mojej przyjaciółce. I myślę, że było to o wiele okrutniejsze niż zwykła kłótnia z nią.
- Coś się stało? - zagadnęła mnie GoGo, gdy poprawiałem umocowanie mojej opaski na rękę, która uruchamiała mój kostium. Wyłączyłem go, pozostając w moich zwykłych ubraniach, czyli wygodnych jeansach i ciemnogranatowej bluzie. Nie było sensu dalej chodzić w naszych strojach, dopóki wciąż włóczymy się po tunelu.
- Nic - odpowiedziałem krótko, idąc wolnym krokiem w kierunku, który poprzednio zdecydowałem. Nie było sensu się kłócić, poza tym jeśli GoGo przeszła na moją stronę w naszej sprzeczce, to równie dobrze mogłem ją uznać za wygraną.
Moi przyjaciele po chwili zrobili to samo, doganiając mnie szybko. Tym razem Baymax niósł Honey, która uparła się, że nie chce obciążać zanadto Wasabiego, który z kolei zapewniał ją, że nie męczy się, gdy ją niesie. I bądź tu człowieku cierpliwy z takimi...
Szedłem w ciszy, zastanawiając się dokładnie nad pomysłem, na który wpadłem. Poza tym wolałem w spokoju wyciszyć moją złość na GoGo, niż psuć to, co zamierzałem. Po głowie jednak krążył mi ów dziwny wzór, który coś musiał znaczyć. Wyciągnąłem w końcu z plecaka mapę, podarowaną nam przez Yoko i zacząłem śledzić linie, zaznaczone na śliskim papierze jako tunele, które udało się wykryć Agendzie.
Nagle stanąłem jak wryty. Te linie... Kształt wyspy. Wszystko wskazywało na to, że jednak ten wzór coś oznaczał...
- Hiro, natrafiłeś na coś? - spytał Wasabi zauważając moją minę. Otworzyłem szeroko usta, wpatrując się w kawałek papieru w moich dłoniach.
- Ta wyspa ma unikalny kształt - wyszeptałem. - To ten kształt, który tworzą postacie na freskach. - wskazałem im pobliski malunek o tym samym wzorze.
- Czekaj, moment... Co? - zapytał Fred wpatrując się zamiast tego w mapę.
Ten sam krzywy czworokąt, który tworzyły głowy czterech postaci na każdym fresku widniał na mapie jako krawędzie wyspy, które zalewała morska woda.
- I co to ma wspólnego z... - zaczęła GoGo, ale jej przerwałem.
- Wszystko. Wiem, czemu nie potrafiliśmy jej odczytać. Po prostu źle ją trzymaliśmy.
Mówiąc to oparłem mapę o ścianę w pobliżu znajomego fresku z czterema postaciami, po czym obróciłem ją tak,aby kształt wyspy odpowiadał ułożeniu postaci na ściennym malowidle.
Tej czynności towarzyszyła mi niepokojąca cisza. Moi przyjaciele wpatrywali się w ścianę z szokiem, jakby pierwszy raz ujrzeli trzymaną przeze mnie mapę. W końcu jednak GoGo podeszłą do mnie spojrzała znad mojego ramienia.
- Czy to nie jest to miejsce z wodospadem? - zapytała, muskając palcem wskazującym punkt przy niebieskiej linii, wyraźniejszy od reszty. Skupiłem się i zauważyłem, że miała rację. Na mapie ewidentnie widać było mały zbiornik wodny, który minęliśmy.
Po słowach GoGo reszta się ożywiła. Zaczęliśmy razem analizować drogę, którą przeszliśmy i razem doszliśmy do wniosku, że przeszliśmy już jedną trzecią tej wyspy.
- Patrzcie - wskazała Honey. - W tym miejscu nie ma żadnych tuneli, choć ewidentnie inne do niego wiodą. Myślicie, że to tam mogą ukrywać się przestępcy? - zapytała, ale żadne z nas nie odpowiedziało, zajęte rozmyślaniem nad jej teorią.
Spojrzałem w końcu na cichego jak zawsze robota, stojącego za mną jak cichy strażnik.
- Baymax, jak daleko są ci obcy? - spytałem, a robot wykonał oczami ruch, jakby marszczył brwi, których nie miał.
- Oddaliliśmy się od tamtego miejsca, a najbliżsi ludzie musieli odejść zbyt daleko, bym mógł ich namierzyć - odpowiedział, a ja zakląłem pod nosem. Im bliżej byliśmy rozwiązania zagadki, tym więcej czekało nas niepowodzeń.
- Nie stresuj się, Hiro - powiedział Wasabi uspokajająco. - I tak jesteśmy blisko. Czuję to.
- Właśnie, stary. Spisałeś się - dopowiedział Fred, klepiąc mnie po ramieniu.
- Baymax, powiesz mi, jeśli namierzysz jakiś obcy ruch w tunelach?
- Dobrze - odpowiedział robot, a ja przekląłem w myślach swoją głupotę, że wcześniej na to nie wpadłem. Oszczędzilibyśmy sobie niepotrzebnego łażenia po tunelach, gdybyśmy wiedzieli, dokąd konkretnie mamy się udać.
- Dobra, to Hiro bierze mapę a my ruszamy do miejsca, które zaproponowała Honey. - zaczęła GoGo oficjalnie, opierając ręce na biodrach. - Kto jest za?
- Ja!
- Ja.
- Ja...
- Ja też!
- To chodźmy - zakończyłem z uśmiechem. To była chyba jedyna decyzja podjęta dzisiaj, na którą zgodzili się wszyscy z nas.
Honey przytuliła się do Baymaxa, którego biały pancerz emanował ciepłem. Robotowi najwyraźniej noszenie dziewczyny przeszkadzało o wiele mniej niż Wasabiemu, choć oczywiście tamten nie dawał tego po sobie poznać. Zdziwiło mnie to, w końcu nie widziałem, żeby Wasabi miał tak dobry kontakt z Honey, co wyraźniej zdziwiło Freddiego jeszcze bardziej niż mnie.
Z godziny na godzinę czułem, że moje nogi wkrótce odpadną. Miałem dość ciągłego chodzenia po wyspie, wolałem już krótką walkę z przestępcami, niż trzy dni pełne wysiłku, który i tak do niczego nie prowadził.
W końcu po wielu trudach i oglądaniu wciąż tych samych malowanych mdłą farbą ścianach, Baymax wyczuł sygnał. Byłem już na skraju wyczerpania, jak i reszta moich przyjaciół, choć z taktem tego nie pokazywali. Nawet krótkie, acz coraz częstsze przerwy nie pozwalały nam odpocząć, a wyspa ciągnęła się wzdłuż coraz dalej i dalej. Zastanawiałem się, jakim cudem tubylcy wybudowali coś takiego... Oczywiście, nie miało to nic wspólnego z Wielkim Murem Chińskim, choć nie sądzę, by te starożytne tunele miały tak słabą wartość w stosunku do jednego z nowoczesnych cudów świata. Przynajmniej na Wielkim Murze nikt nie rysował dziwnych i trudno odczytywanych obrazów...
- Mam coś - rzekł Baymax, przystając. Spojrzeliśmy na niego, jak na nasze wybawienie od ciągłych spacerów po ciemnych tunelach.
- Co? - zapytał w końcu Fred.
- Idziemy w dobrym kierunku - odpowiedział krótko Baymax, po czym ruszył w dalszą drogę z Honey na rękach, wymijając nas.
- Ale jak to... czekaj, ilu ich jest? Czy są uzbrojeni? - dopytywałem się, ale robot nie odpowiedział na moje pytania.
- Hiro, to sam sygnał. Nie potrafię określić więcej. - powiedział, a ja wypuściłem głośno powietrze, starając się uspokoić. Mogłem mu poprawić te cholerne wskaźniki, irytowałem się. Najwyraźniej pomimo tak dokładnego planowania tej misji i tak musiało pozostać coś, czego nie przewidzieliśmy. Przypomniało mi to obóz kajakarski z Tadashim. Akurat wtedy zapomnieliśmy połowę naszego bagażu. Moja ciocia nie była zachwycona faktem, że musiała przejechać ponad sto kilometrów, by przywieźć nam niezbędne rzeczy.
- Uspokój się - szepnęła GoGo, uśmiechając się do mnie łagodnie i kładąc mi dłoń na ramieniu. - I tak daleko zaszliśmy. Mapa, tunele... To nie poszło na marne.
Spojrzałem jej w oczy i ze zdziwieniem zauważyłem w jej spojrzeniu szczery podziw, skierowany właśnie do mnie. Mogłem tak patrzeć na nią godzinami, nie przejmując się upływem czasu, gdyby nie fakt, że byliśmy przyjaciółmi, a tak długie spojrzenia nie byłyby czymś naturalnym w naszej relacji. Tak samo jak ten moment w szpitalu, podpowiedziała mi moja złośliwa podświadomość, a ja zaczerwieniłem się od stóp do głów, bardziej ze względu na wspomnienie o chwili, gdy pan Tomago przeszedł zawał, niż chwili obecnej.
GoGo musiała tego nie zauważyć, bo szła dalej obok mnie, oglądając się spokojnym, niemal leniwym spojrzeniem na boki. Ciemne kosmyki opadały jej na czoło, zasłaniając jej poniekąd widoczność, ale dziewczynie musiało to nie przeszkadzać.
- Baymax - zacząłem, dobiegając na moich obolałych nogach do robota. - Odpal silniki.
Robot wciąż miał na sobie swój czerwony kostium, dlatego dobrze byłoby to wykorzystać zamiast ciągłego spaceru. Podszedłem do niego i przyłożyłem opaskę na moim nadgarstku do pleców robota, a dwa magnesy automatycznie się załączyły. Moi przyjaciele zrobili to samo, chwytając się pozostałych magnesów i następując na podstawy wokół silników na piętach Baymaxa.
- Trzymacie się? - zapytał robot, a nasza czwórka przytaknęła z ulgą. Honey złapała się ramienia Baymaxa, aby upewnić się, że nie wypadnie z rąk robota, kiedy ten wystartuje. Cóż, Baymaxowi mógłbym powierzyć własne życie, co już nie raz robiłem i miałbym pewność, że da sobie radę.
Ruszyliśmy z prędkością, przy której nasz powolny chód zdawał się być niemal staniem w miejscu. Tunel nie był zbyt wysoki ani szeroki, ale Baymax nie miał żadnego problemu, by orientować się przy wysokościach sufitu. My skuliliśmy się na jego plecach, które teraz znajdowały się równolegle pod sufitem, aby przypadkiem nie zaczepić o coś głową.
- Jak myślicie, co znajdziemy w tym punkcie? - zapytał z zaciekawieniem Wasabi. Chyba ożywił się po naszej decyzji o locie z Baymaxem. Nie sądziłem nawet, że robot da sobie radę w takich wielkościach, co więcej, nawet nie wiedziałem, gdzie dokładnie chcemy lecieć, a perspektywa wlotu na jakąś ścianę nie byłą zbyt przyjemna. Teraz jednak, gdy miałem przed sobą mapę, mogłem niemal zaplanować nasz lot.
- Czy ja wiem, jakieś rupiecie, może następne zakopane szczątki... - zaczęła GoGo obojętnym tonem, ale jej oczy nie dały się zwieźć i widać było po nich, że przeżyła tamten moment w puszczy, gdy Wasabi i Fred odkryli pole bitewne.
- Wielkie dzięki, Go - mruknęła niezadowolony Freddie. - Od razu mi ulżyło.
Lecieliśmy tak może z pół godziny, gdy nagle Baymax zwolnił i opadł na ziemię, a my musieliśmy się bardziej doczepić do magnesów na jego ciele, aby nie spaść, gdy robot dotknął ziemi.
- Co się stało? - zapytałem, schodząc znów jako pierwszy. Wasabi zeskoczył tuż za mną, otrzepując ręce.
- Tam coś jest... - zaczęła Honey. Gdy podszedłem obok robota, zauważyłem, że przyjaciółka mruży oczy, jakby coś zauważyła.
- Dwie postacie. Idą w naszym kierunku. - odparł robot.
- Wyłączcie latarki - nakazałem przyjaciołom, którzy błyskawicznie zareagowali na tą komendę, jakby sami wyczuli, że lepszym pomysłem będzie się podkraść do obcych, niż bezpośredni atak.
Zauważyłem odnogę naszego tunelu w okolicach kilku kroków i machnąłem ręką do pozostałych, skradając się w kierunku wylotu. Może ci obcy pójdą głównym szlakiem, myślałem z nadzieją. Nie zdążyli nas zauważyć, nawet Baymax zachowywał się zbyt cicho, by ktokolwiek zdołał go usłyszeć. Całe szczęście, że pomajstrowałem trochę przy jego głośnych silnikach przed wyjazdem, pomyślałem. Schowaliśmy się za ścianę nasłuchując uważnie.
Obcy zbliżali się z każdą chwilą, rozmawiając ze sobą. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie mają latarek, tylko pochodnie. Nic dziwnego, w takiej głuszy. Jednak słowa, jakich używali do rozmowy, akcenty... Sam nie wiem, jaki mógłby być to język. Zdawał się przypominać japoński, ale nie do końca. Do angielskiego bardzo mu brakowało, był zbyt prymitywny, stanowczy.
Dopiero, gdy dwójka ludzi wyszła w zasięgu naszego wzroku, zobaczyliśmy ich w pełnej krasie. To nie byli przestępcy. To byli tubylcy! Mieli na sobie szare stroje ze skór, okrojonych przez wprawne ręce. Na dłoniach nosili potężne bransolety, a twarze mieli wymalowane w ciemne wzory. To dlatego nie mogliśmy zrozumieć, po jakiemu mówią. Nie sądziłem, że na tej wyspie zachowa się jakiekolwiek plemię, a już tym bardziej, że nie będzie znało cywilizacji. Zszokowało mnie to. Słyszałem czasem wzmianki o ludach żyjących w Amazonii, które wolały swoją wolność i całkowity brak obcych z zewnątrz niż przedmioty ułatwiające im życie, lekarstwa, pomoce...
Obracali się wokół, ale nie widzieli nas. Światło pochodni było zbyt słabe, a my staliśmy za daleko. Rozmówcy wyglądali, jakby kłócili się ze sobą, wymachiwali dłońmi w groźnych gestach i warczeli przy niektórych słowach. Najwyraźniej lud był tak brutalnie wychowany, jak pozbawione łagodności i harmonii były ich freski na ścianach. Dopiero po pewnym czasie zauważyłem uczepione do ich pasów potężne noże o długości ich ramion i szerokości dłoni. Ich ostrza były ząbkowane, jakby stworzone do zadawania bólu.
Czekaliśmy w narastającej ciekawości i przerażeniu, aż tubylcy odejdą, by móc skonsultować się ze zszokowaną resztą. To wywróciło nasze plany do góry nogami. Mieliśmy schwytać przestępców, którzy uciekli, i sprowadzić ich z powrotem do zakładu karnego. Tyle. Nie sądziłem, że ta wyspa będzie skrywała starożytny lud, który najwyraźniej nie posiadał żadnych skrupułów, albo miał zbyt rozchwianą wyobraźnię, sądząc po malowidłach.
Gdy odeszli, odetchnęliśmy głęboko, chowając się jeszcze bardzie w głąb tunelu i pogrążając się w całkowitej ciemności. Nie świeciliśmy jednak latarki. Za tą dwójką mogli iść kolejni, którzy zauważyliby światło.
- O rany, co to jest? Tego nie było w założeniach! - wymamrotała jako pierwsza Honey, nie wytrzymując. Słyszałem w jej głosie strach, którego nie mogła już dłużej skrywać.
- Zgadzam się z Honey - powiedział Wasabi. - Nie mamy z nimi szans! Widziałeś ich broń?
- Nie możemy się poddać - powiedziała GoGo. - Zaszliśmy już tak daleko...
- No właśnie. - poparł ją Fred łagodnym głosem, jakby jako jedyny nie przejął się całą tą sytuację.
Uciszyłem ich wszystkich, starając się zachować spokój. Nie, to się chyba nie dzieje naprawdę, pomyślałem. Nic dziwnego, że Ithaniemu nie udało się wykonać tej misji, pomyślałem sobie tym razem bez żadnej satysfakcji.
- Słuchajcie, jeśli tubylcy znaleźli uciekinierów, tamci są w tarapatach. Musimy rozeznać się w sytuacji. Może nas tutaj potrzebują...
- Jak zamierzasz to zrobić? - spytała GoGo, ale natychmiast odpowiedział jej Wasabi.
- Hiro, ty jako jedyny możesz się tam przemknąć niezauważony. Zbadaj sprawę, może rzeczywiście powinniśmy zostać...
Zanim zdołałem odpowiedzieć, poczułem, że ktoś chwyta moją dłoń w drżącym geście, jakby nakazywał mi pozostać. Choć w ciemności nie potrafiłem zauważyć naprawdę niczego, to jednak gdy przyjaciele mówili, zdołałem mniej więcej odgadnąć, w których miejscach stoją. Zacisnąłem swoją dłoń na ręce GoGo, starając się ją wesprzeć samym dotykiem.
- Okej, ale nie oddalajcie się i nie świećcie światła. Tamci mogą wrócić... - odpowiedziałem.
- Hiro, nie, lepiej zostań... - zaczęła Honey, ale już jej nie słuchałem, puściwszy lekko dłoń GoGo, z którą nie chciałem się rozstawać. Wiedziałem jednak, że bezczynność w tej sytuacji byłaby ogromnym błędem.Prędzej czy później ktoś nas tutaj znajdzie, a wtedy możemy być w sporych tarapatach.
Włączyłem więc promień, który czynił mnie niedostrzegalnym i zacząłem się skradać do miejsca, z którego wyszli tubylcy. Nie było to zresztą daleko, bo z tej odległości mogłem zauważyć słabą łunę światła, która brała swoje źródło ze szczeliny wyrytej w jednej ze ścian tunelu. Zmrużyłem oczy, porażone nagłym blaskiem światła w dobrze mi poznanej ciemności, a gdy mój wzrok zdołał się do niego przyzwyczaić, wszedłem do środka, osłaniając jeszcze twarz. Pod ziemią mogliśmy spędzić jakieś dwa dni, chociaż zdawało nam się, że trwało to kilka tygodni.
Kiedy w końcu zdołałem podnieść wzrok, moje oczy otworzyły się szeroko w szoku na widok czegoś, co Agenda na pewno nie przewidziała. Stanąłem na sypkim, złotym piasku, a przed moimi oczami rozciągał się widok na starożytne miasto, zamknięte pod ziemią jak prastary grobowiec. ściany wszystkich budowli były rzeźbione z litej skały - miały w sobie złowrogie piękno, niczym tygrys, przyczajony do skoku. Biel marmuru i złoto piaskowca odciskały się w niektórych blankach i pałacach, jednak najbardziej dziwiło mnie to, że pomimo że miasto to było położone pod ziemią, to wydawało się, jakby stało na miękkich gruntach Isla Menor. Kiedy spojrzałem do góry, zobaczyłem, że światło słoneczne przebija się przez otwór wielkości jednej trzeciej miasta i oświetla go swoim cudownym blaskiem. Więc w taki sposób ci ludzie żyją pod ziemią, pomyślałem, ciesząc się promieniami słońca, muskającymi moje skąpane przez dłuższy czas w ciemności ciało swoim ciepłym dotykiem. Co jeszcze czekało na nas na tej wyspie, pomyślałem z narastającą trwogą.
Dobra, tak jak na Czkastrid muszę przyznać, że jest to mój prezent ode mnie dla Was z okazji Mikołajek, bo miałam dodać dopiero za kilka dni :** Bardzo podoba mi się rosnąca popularność mojego bloga, im więcej będzie nas w tej wspólnej przygodzie, tym lepiej <3 Nie mówiąc już o tym że moim nałogiem stało się czytanie waszych komów XD
No, tak postanowiłam że będę pisać rozdział tu i na Czkastrid w weekendy, ponieważ muszę nieco zacząć ogarniać naukę itd w końcu technik ekonomista się kłania, a ja mam niedługo wystawienie ocen ;-; o zgrozo... tak to jest jak ma się dłuuuugie ferie bo święta, praktyki i kolejne ferie a do szkoły wrócę gdzieś przed marcem pewnie :333 ale jednak praktyki oznaczają większy luz więc na pewno o Was nie zapomnę :D
Trzymajcie się kochani, buźka od Just ;*
12/01/2015
Wzór w ciemnościach
Obudziły mnie światła dnia, które raziły moje zmęczone nocnymi wydarzeniami oczy. Czułem się, jakbym wstał po całonocnej imprezie, a nie po kurczeniu się ze strachu wokół ogniska z powodu paranormalnych zjawisk na Isla Menor. Aż zachciało mi się wracać do domu, gdzie wszystko było proste i łatwiejsze.
Leżałem na płaskiej, twardej ziemi, na której musiałem zasnąć w nocy, a po mojej lewej stronie zostały resztki ze zgaszonego ogniska, któremu najwyraźniej brakło żaru tuż nad ranem. W moich ramionach wciąż spała spokojnie GoGo, opierając głowę o mój tors. Jej ciche chrapanie skojarzyło mi się z mruczeniem kota - był to jedyny dźwięk, który słyszałem, nie licząc głośnego chrapania Wasabiego, które z powodzeniem zagłuszało moją przyjaciółkę. Zawsze, gdy trzymałem w ramionach GoGo, miałem bardzo dziwne poczucie. Zdawała mi się taka krucha i delikatna, jakby tam w środku nie była tą samą odważną i pewną siebie dziewczyną, ale tą GoGo, która cierpiała po śmierci mamy i po zerwaniu z Ithanim. Żałowałem, że wtedy nie mogłem być przy niej, choć i tak pewnie nie mógłbym jej pomóc, ale sam wiem, że w takich chwilach ważna jest czyjaś obecność. Akurat w tych sprawach miałem spore doświadczenie.
Usiadłem wolno, jednocześnie kładąc głowę GoGo na moim plecaku, żeby nie musiała cierpieć na te same niewygody co ja, śpiąc na ziemi. Reszta przyjaciół była także pogrążona w śnie, nie przejmując się już niczym, jakby to, co przeżyli w nocy było tylko snem. Ja jednak pamiętałem to dokładniej. Myśli te nie dawały mi spokoju. Co jest z tą przeklętą wyspą?
Obejrzałem jeszcze raz obóz i poszedłem z wolna w kierunku szumiącej nieopodal rzeki. Nie musiałem iść daleko - tuż za kilkoma drzewami i przesiąkniętymi wilgocią roślinami sięgającymi do moich łokci ujrzałem pomarszczoną taflę nurtu rzeki, która dawała ukojenie moim oczom, które tej nocy nie spały zbyt dobrze.
Przysiadłem przy brzegu i dotknąłem zimnej wody, dzięki której natychmiast poczułem, gdzie się znajduje. To nie jest sen, Hiro, pomyślałem. I lepiej to na wszelki wypadek zapamiętać. Zanurzyłem całe dłonie w wodzie i obmyłem sobie moją twarz, orzeźwiając się z rana jak po mocnej kawie. Choć wyspa była dziwna, to czystość powietrza wpływała na mnie kojąco. W końcu to co innego niż zaśmiecone ulice San Fransokyo, nad którymi unosił się gęsty smog.
- Witaj, Hiro - usłyszałem za sobą głos Baymaxa, gdy tylko usłyszałem, jak robot się zbliża. Obróciłem się do niego z uśmiechem, przypominając sobie, że przecież robot nie sypiał, o czym często zapominałem, traktując go jak jednego z nas.
- Cześć, Baymax. Jak po wczorajszej nocy?
- Nie jestem pewien. Zbadałem moją bazę danych, ale nie potrafiłem wytłumaczyć tego, co się wczoraj działo.
- To tak jak ja - mruknąłem, siadając na rosnącym pod gałęziami wysokiego dębu mchu. - GoGo chyba ma rację, choć sam nie potrafię uwierzyć, że to mówię.
Baymax spojrzał w bok na leżący przy jego stopie kamień, po czym obszedł go mechanicznym ruchem i usiadł na nim, wpatrując się we mnie.
- Badałem tą wyspę i wyszukałem dwójkę ludzi, którzy znajdują się kilka staj... - zaczął robot.
- To wiemy - przerwałem mu.
- Hiro, oni znajdują się przy wybrzeżu. Tam jest koniec tunelu i tam się ukrywają.
Otworzyłem szeroko oczy, patrząc na Baymaxa chciwie, chcąc więcej informacji. Przy wybrzeżu? Jak to możliwe, że tunele sięgają aż tak daleko?
Woda uderzała wciąż w skały, rozchlapując się dokoła, ale nie przeszkadzał mi jej chłód. Cieszyły mnie zarówno czyste powietrze, jak i różne odcienie zieleni, roztaczające się dokoła mnie.
- Czyli wiemy już co robić - powiedziałem, wstając i wracając do obozu, by obudzić resztę.
Tak jak poprzednio w nocy, najtrudniej było obudzić Freda, ale w końcu mi się to udało, gdy skłamałem mu coś na temat jedzenia. Honey ziewała wciąż, pocierając zmęczone oczy. Wasabi musiał wstać niedługo po tym, jak opuściłem obóz, bo już składał swoje rzeczy, patrząc na mnie wymownie. No tak, po takiej nocy nie ma się czemu dziwić. Wszyscy mieliśmy obawy.
Kiedy jednak budziłem GoGo, dziewczyna zerwała się z miejsca jak rażona prądem i uderzyła mnie pięścią w twarz, zanim zdołała w ogóle zauważyć, że się nad nią nachyliłem.
- Auuuu - stęknąłem, łapiąc się za policzek, który sięgnęła jej mocna pięść. Kurczę, naprawdę zaczynałem się zastanawiać, czy GoGo nie uprawiała kiedykolwiek boksu.
Widząc całą sytuację, nasi przyjaciele ryknęli śmiechem, a GoGo spojrzała na mnie z uczuciem wstydu i zdziwienia, jakby nie dowierzała, że to ona mi to zrobiła.
- Jeju, Hiro, przepraszam - jęknęła, wstając z twardej ziemi i otrzepując się. - Jesteś cały?
- Jeśli cię obudzę jeszcze kilka razy, to raczej nie będę - odparłem, krzywiąc się, kiedy GoGo obejrzała mój policzek.
- Ciekawa jestem, co pomyśli sobie twoja ciocia, jak wrócisz w takim stanie do San Fransokyo - powiedziała poważnie.
Cóż, miała rację. Honey może i miała złamaną nogę, ale ja byłem najbardziej pokiereszowany ze wszystkich. Co więcej, przez moją przyjaciółkę, pomyślałem z ironią. GoGo patrzyła na mnie z zakłopotaniem, jakby zastanawiała się, czy może coś jeszcze zrobić dla mojego policzka, w który od niej dostałem, czy lepiej zostawić go w spokoju.
- Strasznie przepraszam - syknęła, gdy oderwałem w końcu dłoń od twarzy, po czym uśmiechnąłem się do niej, chcąc ją uspokoić.
- Aż tak źle wygląda? - zapytałem, a Wasabi roześmiał się.
- Stary, jeśli ci, co uciekli biją tak jak Go, to jesteśmy w sporych kłopotach - odpowiedział za niego Fred, a wtedy każdy z nas się roześmiał.
Złożyliśmy szybko nasz obóz, przy tym opowiedziałem w skrócie o domysłach Baymaxa. Musieliśmy więc się dostać do tunelu, co mogło być dość niebezpieczne ze względu na małe pole manewru w sytuacji, gdy mielibyśmy walczyć. Poza tym myślę, że Honey też czułaby się lepiej, nie musząc potykać się o niewidoczne w ciemności kamienie w tunelu. Niestety, jeśli Baymax miał rację, a najpewniej tak było, to uciekinierzy naprawdę skrywali się w tunelach, co oznaczało, że przeszukiwanie wyspy było nonsensem.
- Znowu do tunelu? - westchnęła Honey z kwaśną miną. Czułem współczucie wobec przyjaciółki, ale nie widziałem innego pomysłu. Zostawienie jej na powierzchni wyspy było jeszcze głupszym pomysłem niż zmuszenie jej do wejścia pod nią.
Wasabi jednak zaskoczył mnie, podchodząc do blondynki i proponując jej swoją pomoc. Zapakowałem na Baymaxa bagaże Honey, a Wasabi wziął ją na barana. Wyglądali razem zabawnie, bo Honey miała wystarczająco długie nogi, by i tak zwisały nad ziemią, ale wyglądała, jakby się czuła lepiej.
- Nie jestem za ciężka? - jęknęła, a Wasabi zaprzeczył ruchem głowy ze śmiechem.
- Gdybyś nie miała figury modelki, mógłbym się martwić - powiedział z przekąsem, a Fred wyglądał, jakby ktoś walnął go pięścią w twarz. To się dzieje naprawdę, czy tylko mi się śni, pomyślałem, widząc rumieńce na twarzy Honey.
- Dobra, już dosyć tego migdalenia - mruknęła GoGo, przechodząc przez wysokie zarośla. - Bo nigdy nie skończymy tej misji.
- Myślałem, że ci się podoba - próbowałem ją rozwścieczyć jeszcze bardziej, idąc po jej śladach. Fred szedł tuż za mną, po nim Wasabi z Honey uczepioną na jego plecach, a pochód zamykał Baymax. - Zwłaszcza szczury w tunelach - zaśmiałem się, a GoGo rzuciła mi groźne spojrzenie ciemnych oczu, ale kąciki jej ust drgnęły w uśmiechu.
- Skończmy już lepiej temat szczurów - powiedziała, okrążając wejście dokoła. - Wasabi, masz tą linę?
- Mam, w plecaku. Chociaż... czekaj, spakowałem ją Baymaxowi. - odpowiedział przyjaciel, nie puszczając Honey ani na minutę. Jasna głowa przyjaciółki wyglądała zza jego silnego ramienia.
- Okej - odparła GoGo, przegrzebując plecak Baymaxa i szybko wyciągnęła z niego linę. - Baymax, tak jak wcześniej. Dasz radę?
- Nie ma problemu - odpowiedział robot, a ja zauważyłem, że wcześniej rzeczywiście robot także trzymał linę, by przyjaciele mogli po niej zejść. Zaoszczędzili wtedy czas, by zejść na dół, niekoniecznie zwracając uwagę na to, czy Baymax jest nam potrzebny. Poza tym tylko on, no, może z wyjątkiem Wasabiego, mógł przytrzymać linę, na której wisieli jego przyjaciele.
GoGo zsunęła się pierwsza, rzucając mi ponure spojrzenie, zanim zniknęła w ciemnościach tunelu. Potem ja złapałem się liny i zjechałem po niej na sam dół aż do miejsca, w którym lina się kończyła, a ja musiałem zeskoczyć, a było to jakieś pół metra nad podłożem.
Osunąłem się w głąb tunelu, słysząc ciche stąpanie w głębi ciemnego przejścia. Słyszałem już jak po linie zjeżdża Fred, ale zacząłem szukać spojrzeniem GoGo, chcąc znów ją zirytować.
- Go, to chyba szczury... - powiedziałem, ale odpowiedziało mi tylko echo. - GoGo? - spytałem, zapalając latarkę.
Fred zeskoczył tuż obok mnie i od razu zauważył moją wystraszoną minę.
- GoGo! - krzyknąłem, tym razem bardziej zaniepokojony niż przedtem. - GoGo, słyszysz mnie?
Zacząłem szukać przyjaciółki w szerokim przejściu, ale nie widziałem miejsca, w którym mogłaby się skryć. Miałem złe przeczucia. Dlaczego ja jako pierwszy nie zsunąłem się po tej cholernej linie?
- GoGo! - krzyczałem, idąc wciąż do przodu, zamartwiając się coraz bardziej.
- Co się stało? - zapytał Wasabi, który zdążył zejść już do tunelu, ale w tym samym momencie powiedział także Fred:
- Może ruszyła przodem?
Szedłem wzdłuż ściany, czując, że coraz bardziej się martwię. Nigdy sobie nie wybaczę, jeśli coś jej się stanie.
Nagle ktoś zaskoczył mnie od tyłu, wskakując mi na plecy i zakrywając usta. Zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć lub krzyknąć, usłyszałem słodki głos, szepczący mi do ucha:
- Chyba nie boisz się szczurów, Hiro?
Poczułem ulgę, wiedząc, że GoGo jest cała i zdrowa. Niemniej jednak musiałem także przyznać, że żart jej się udał. Mało brakowało, a całkiem bym spanikował. Na samą myśl czułem na twarzy rumieńce. GoGo zsunęła się z moich pleców, chichocząc. Żeby tylko wiedziała, ile się przez nią strachu najadłem, pomyślałem sobie ze wstydem.
- Pogięło cię całkiem? - syknąłem zamiast tego, a GoGo zaśmiała się głośniej. Fred przyłączył się do niej, rozmawiając o czymś za nami z Wasabim.
Przyjaciółka zamiast tego podeszła do mnie i ucałowała mnie w policzek, powodując u mnie jeszcze większe rumieńce.
- Nie gniewaj się, Hiro. - parsknęła, widząc moją zażenowaną minę, po czym zabrała mi z ręki latarkę, idąc przodem.
Tak, to właśnie GoGo. Czasem ma się ochotę ją zabić i pogrzebać w najgorszym miejscu, a czasem... Dobra, może lepiej nie będę się tym z wami dzielił. Ruszyłem za nią wolnym krokiem, starając się uspokoić moje myśli. Wciąż czułem ciepło na policzku, który pocałowała, to było chore. Zrobiła sobie ze mnie większy żart, niż mogła przypuszczać, pomyślałem z irytacją.
Szliśmy długo. Po chwili zrównali się ze mną Fred, Wasabi z Honey na plecach oraz Baymax, który zabrał linę i wleciał do tunelu na swoich silnikach. Wszyscy rozmawiali przyciszonymi głosami na różne tematy, zazwyczaj dotyczące fresków na ścianach przejścia. Chociaż już im o nich opowiadaliśmy, to najwyraźniej słyszeć o nich to jedno, a zobaczyć je na własne oczy to drugie. Honey nie raz zachwiała się, uczepiona pleców Wasabiego, gdy zauważyła kolejny przerażający obraz.
- Honey, wszystko gra? - spytał Fred, który najmniej ze wszystkich interesował się malowanymi ścianami, ale blondynka pokręciła przecząco głowa, patrząc w innym kierunku.
- Już nic - mruknęła smutno, przytulając się ciaśniej do Wasabiego, który nie za bardzo zwrócił na to uwagę.
Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem iść szybciej, aż dogoniłem krokiem GoGo, która wciąż dzierżyła w dłoni latarkę i szła na przedzie grupy, kilka metrów od pozostałych. Fred zaśmiał się z tyłu z czyjegoś żartu, a po ścianach tunelu rozchodziły się głośne kroki Baymaxa, które pochodziły z jego twardych butów, do których umocowałem silniki. Już miałem zwolnić, zauważywszy mój błąd, gdy GoGo obróciła się do mnie i uśmiechnęła się ciepło.
Nie odpowiedziałem jej uśmiechem, starannie unikając jej spojrzenia, które znów zaczęło mnie hipnotyzować. Jak ona to do diaska robiła? Za każdym razem nie mogłem odwrócić od niej wzroku...
- Naprawdę aż tak się o mnie martwiłeś, Hiro? - zapytała, starając się mnie przebłagać samym uśmiechem. Jeszcze chwila i jej się to uda, pomyślałem ze zrezygnowaniem.
- A jak ci się wydaje? - warknąłem zamiast tego, udając, że zainteresowały mnie ściany tunelu.
GoGo natomiast wzruszyła tylko ramionami i obejrzała się w drugą stronę na malowane freski. Im więcej spędzałem z nią czasu, tym czułem się jednocześnie lepiej i gorzej. Lepiej, bo GoGo działała na mnie w ten sposób, że miałem ochotę skakać z radości, gorzej, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że jesteśmy tylko przyjaciółmi i tak zostanie. Dziwne zrządzenie losu, że też musiałem się zakochać we własnej przyjaciółce, pomyślałem i od razu wpadła mi do głowy myśl, co by się stało, gdybym zakochał się w Sam. Cóż, nasza przyjaźń trwała od niedawna i nie była tak silna, poza tym z Sam było inaczej. Naprawdę ciężko byłoby mi to sobie wyobrazić, bo za każdym razem, gdy spotykam się z Sam, jednocześnie myślę o GoGo.
- Hej, na tych freskach nie ma tylko scen walki - zauważył Wasabi przyciszonym głosem, a ja i GoGo stanęliśmy, by na nich poczekać. Dopiero teraz zauważyliśmy także inne freski. Dziwne, że każde z nas patrzyło na te ściany a i tak nikt z nas tego nie zauważył. - Popatrzcie.
Spojrzeliśmy na wskazany przez przyjaciela fresk i okazało się, że Wasabi rzeczywiście miał rację. Na ścianie namalowano trójkę ludzi klęczącą przed swoim przywódcą, który rozkładał ręce. Trzymał w nich zakrwawiony miecz i bicz, którym smagał swoich ludzi. Cały ten rysunek wydawał się dziwny, jakby coś w tej scenie nie pasowało.
- Oni mu się kłaniają - powiedziała GoGo, jakby głosząc nasze domysły. - Kto kłaniałby się takiemu władcy?
- Może to jakaś ideologia? - zaproponowała Honey, opierając głowę o ramię Wasabiego, który wciąż ją trzymał. - Może chcesz odpocząć? - zapytała go, ale ciemnoskóry pokręcił tylko głową.
- Przestań, nie jestem zmęczony.
- Albo religia - powiedziałem, a wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. - Popatrzcie na tło. Te światła. To nie jest normalne. Którego władcę przedstawiają lecącego w stronę chmur?
- Czy ja wiem... - zaczęła GoGo, ale zabrałem jej szybko latarkę i spojrzałem na kolejne freski. Zdumiewało tu coś jeszcze. Widziałem wzór w ułożeniu postaci. Wysoka postać na środku, dwie poniżej, po jego prawej i jedna po lewej stronie. Za każdym razem postacie stały w ten właśnie sposób. Co to oznacza?
- Spójrz. Tu jest to samo. Ten, kto trzyma broń, kto stoi nad rannymi czy słabszymi jest ukazany w świetle. Dalej sądzisz, że to ideologia?
- Ale nie masz żadnych dowodów na jakąś miejscową religię, Hiro - wtrąciła się Honey, kręcąc głową. - Równie dobrze to może być naprawdę idea, za którą poszli tubylcy.
- Jak chcecie - odpowiedziałem, wciąż przystając na swoim. Czułem, że tym razem instynkt mnie nie zawiedzie. Musiałem tylko rozgryźć ten wzór, według którego przedstawione były postacie. Widziałem to jako figurę geometryczną na tle płaszczyzny i starałem się zapamiętać, w jaki sposób została ułożona. Czułem, że to ważne.
Szliśmy dalej, wciąż spotykając mrożące krew w żyłach sceny. Co dziwne, wzór, który zauważyłem, pojawiał się tylko na freskach po mojej lewej stronie, po prawej zaś zazwyczaj ludzi było więcej i byli ukazani jako równi - czy to podczas walki, czy w historycznych scenach. Ich sylwetki zdawały się kruche i częściowo uszkodzone, ale zawsze osoba, która jak zauważyłem trzymała w dłoni ostrze bądź inny rodzaj broni, była ukazana jako wyidealizowana.
- Hiro... - zaczęła GoGo, przystając. Jej czarne brwi zmarszczyły się przy jednym z fresków.
- Co?
- Perspektywa - mruknęła przyjaciółka, a ja nie potrafiłem odgadnąć, o co jej chodzi.
- Co z nią?
GoGo obróciła się co mnie, mierząc mnie inteligentnym spojrzeniem jej ciemnobrązowych oczu, które lśniły w ciemności.
- Wskaż, która z postaci stoi najbliżej, sam zobaczysz.
Patrzyłem na fresk, który mi wskazała. Nie różnił się zbytnio od pozostałych, wciąż widziałem ten sam wzór z połączonych czterech punktów, którymi były sylwetki postaci. Tym razem człowiek pośrodku miał ciężką, powłóczystą szatę i jasne dłonie, w których także trzymał włócznię, którą wbijał w ciało sługi po prawej stronie. Stał w ten sposób tyłem do pozostałej dwójki, która mu się kłaniała. Osoba, w którą wbito włócznię jednak zdawała się być największa, choć skulona ze strachu bądź cierpienia, zaś dwójka sług, która kłaniała się mordercy, była różnej wielkości, choć stali obok siebie. Widząc to, nie mogłem ogarnąć, która z postaci stała najbliżej, a która najdalej, wszystko mi się mieszało i rozmywało, jakby fresk namalowany był w szale czyjeś ambicji.
Spojrzałem na GoGo, która uśmiechnęła się do mnie pewnie.
- Chyba coś jest nie tak - odpowiedziałem, a GoGo kiwnęła głową.
- Zaburzona perspektywa - odparła tonem znawcy. Nie sądziłem, że jest w tym tak dobra. - Nie wiem, kto to malował, ale musiał mieć spore zdolności i chciał w ten sposób coś przekazać.
- Tylko co? - zapytał Fred. - Uhuhu, ta sprawa robi się coraz bardziej ciekawa...
Szliśmy dalej przez następne kilka godzin, wciąż mijając freski. Nie sądziłem, że tyle ich tu znajdziemy. To tak, jakby ściany tunelu malowały setki pokoleń, nieznużone tymi samymi regułami. Im dalej jednak byliśmy od naszego prowizorycznego obozu, tym bardziej zastanawiał mnie ów wzór. Kto i po co chciałby umieszczać coś takiego na ścianach? To musiało mieć jakiś sens...
Jedna z rzeczy, których nauczyłem się w Instytucie to to, że każda czynność pełni jakąś funkcję, do czegoś zmierza. Nikt nie tworzy niczego bez podstaw, zawsze jest to ukierunkowane jakimś celem albo pragnieniem. Mogłem pomyśleć, że freski stanowiły tutejszą odmianę sztuki, jednolitą, ale pełną różnych symboli, ale nie wierzę w to, że ktoś malował w jeden sposób tylko dlatego, że komuś się to spodobało.
Kiedy nasz marsz trwał już którąś godzinę z rzędu i nawet Wasabi wydawał się zmęczony, choć starał się to umiejętnie ukrywać przed Honey, spotkaliśmy wreszcie rozwidlenie tunelu na dwa kierunki, prowadzące w całkiem różne strony.
- No to ładnie - mruknęła GoGo. - I co teraz? - spytała, zwracając się do mnie.
Spojrzałem na ściany niezbyt przychylnie i zerknąłem na freski, rozpoczynające się dokładnie w miejscach załamania ścian i rozwidlenia. W prawym kierunku wzór, który zauważyłem pojawiał się po prawej stronie, zaś sceny bitew pojawiały się po stronie lewej, czyli całkiem na odwrót, niż w tunelu, przez który szliśmy. Gdybyśmy jednak poszli na prawo, zachowalibyśmy tę samą kolejność - wzór po lewej, bitwy po prawej. Tak jakby prawy kierunek był kontynuacją tunelu, którym szliśmy.
Bez słowa ruszyłem w prawo, zastanawiając się, czy tylko to ukryte było we wzorze, czy czegoś nie przeoczyłem.
- Hiro, co ty robisz? - zapytał Wasabi. - Skąd wiesz, w którą iść stronę?
Odetchnąłem i zacząłem tłumaczyć przyjaciołom to, co zauważyłem. Jak zwykle nie byli przekonani, uważając, że moje przypuszczenia to za mało, by ruszyć wybraną stroną i zaczęli się wykłócać, by zyskać pewność, albo chociaż sprowokować mnie do przemyślenia. Mimo to uwielbiałem ich za to. Czasem potrzebowałem wysłuchać opinii innych, niż robić wszystko na własny rachunek.
Wasabi położył Honey pod ścianą, gdzie przyjaciółka mogła zająć się swoją nogą i zmienić bandaż, a sam usiadł obok. Fred także skorzystał z chwili odpoczynku, kładąc się bez najmniejszego wstrętu na kamiennych płytach tunelu, na którego ścianach wymalowano tak brutalne scenerie.
- Hiro ma rację - uznała w końcu GoGo, gdy zbadała dokładnie różnice położenia we freskach. - Z której strony byśmy nie przyszli, kierunek prowadzi w tę stronę - wskazała na tunel, do którego już na początku chciałem iść.
- Ma ktoś zegarek? - zapytałem, a Wasabi od razu zerknął na swój nadgarstek, po czym zaniemówił.
- Co? - spytałem go, poważniejąc.
- Spędziliśmy w tunelu prawie cały dzień - odparł, patrząc na każdego z osobna. - Jak..?
- To wina ciemności - podsunęła GoGo. - Nie widzimy położenia słońca.
- Pewnie tak - mruknąłem, ziewając głośno. Miałem ochotę paść na miękki mech, który zostawiliśmy na powierzchni wyspy wśród gęstego lasu. - Odpocznijmy tutaj - zaproponowałem, na co moi przyjaciele przytaknęli z przyjemnością.
Oparłem się o kamienną ścianę, przedstawiającą kolejną krwawą scenę, ale bynajmniej mi to nie przeszkadzało, kiedy powieki same mi się kleiły. Zanim jeszcze zdążyłem zasnąć, usłyszałem chrapanie Wasabiego i rozmowy Honey i GoGo, które pomimo że mówiły szeptem, to słyszałem każde ich słowo.
Byłem o krok od snu, gdy usłyszałem, jak wymawiają moje imię. Postanowiłem posłuchać, nie otwierając oczu, co pewnie i tak by mi się nie udało, bo byłem na to zbyt zmęczony. Jednak moja ciekawość przezwyciężyła sen.
- Hiro może mieć rację co do tych fresków - mruknęła GoGo z niezadowoleniem. Tak właśnie myślałem, że nie powiedziałaby mi tego wprost.
- Naprawdę tak myślisz? - zapytała Honey, która pewnie czuła się opuszczona w swojej teorii o tym, że mieszkańcy mogli mieć własną ideologię.
- Też to zauważyłam. - odpowiedziała GoGo, po czym chyba zawahała się. - I zauważyłam coś jeszcze. Postacie są przedstawione w pewien sposób. Coś na kształt... Wzoru.
- Czemu nie powiedziałaś o tym Hiro? - zapytała ją Honey niecierpliwie, jakby zła na to, że ona nie zwróciła na to uwagi.
- Pewnie już to wie - mruknęła GoGo, a Honey zachichotała. Musiałem się wysilić, żeby się nie uśmiechnąć i nie wydać, że słyszę ich rozmowę. Chrapanie Freda jednak przeszkadzało mi coraz bardziej w słuchaniu rozmowy dziewczyn. Przynajmniej Wasabiemu to nie przeszkadzało, który spał jak małe dziecko.
- Kiedy mu powiesz? - zapytała jeszcze ciszej Honey. Miałem wrażenie, że już nie mówi o wzorze...
- Nigdy - warknęła GoGo, nawet nie próbując zachowywać się cicho. - Dobrze wiem, co o tym myśli.
- Powinnaś mu powiedzieć - odparła spokojnie Honey, starając się ją uspokoić. Najwyraźniej bezskutecznie.
- O czym? To nie jego sprawa.
- To czemu to przed nim ukrywasz?
Dziwnie się czułem, wciąż nie wiedząc, o co im chodzi. Miałem nawet ochotę się zdemaskować i spytać wprost, ale pomyślałem, że mógłbym tym tylko wszystko zepsuć. Poza tym zawsze istniała szansa, że w końcu w toku rozmowy wywnioskuję, o co chodziło.
- Bo mu obiecałam, że nie będę brać udziału w wyścigach - syknęła nagle GoGo, a ja poczułem, jak uginają się pode mną nogi. A więc jednak... - Dopóki rysuję ani on, ani mój ojciec nie nabiorą podejrzeń.
- To nieuczciwe...
- Wiem, ale co mam robić? Nie ich sprawa, co robię...
- Ale oni się o ciebie martwią, Go - skończyła Honey, mówiąc stanowczo. - Zwłaszcza Hiro.
- Właśnie dziwię się, czemu. - prychnęła GoGo, a blondynka westchnęła cicho, jakby z rozbawieniem.
- Już ci mówiłam, czemu, ale ty dalej w to nie wierzysz. Zapytaj go, to usłyszysz odpowiedź. - zaproponowała jej Honey, ale GoGo znów prychnęła pod nosem, kwestionując jej radę i chyba położyła się na zimnej posadzce, bo ich rozmowa już się skończyła.
Chociaż niewiele wywnioskowałem z tej rozmowy, a zwłaszcza z jej końca, to byłem już pewien, że GoGo znów brała udział w nielegalnych wyścigach. Obiecała mi... pomyślałem ze smutkiem. Czułem się oszukany, choć z drugiej strony nie sądziłem, że byłaby do tego zdolna. Wiem, że kocha motoryzację, ale mogła być ze mną szczera. Poza tym chyba najbardziej obawiałem się, że w tych niedostępnych dla innych mieszkańców osiedlach i skwerkach mogłaby znów spotkać Ithaniego bądź jego kumpli. Doskonale pamiętałem spotkanie z nimi i widziałem, że nie darzą mojej przyjaciółki sympatią. Oby tylko się w nic nie wpakowała...
Wiem że nudny ten rozdział, ale inaczej tego zapisać nie mogłam :pp mam tylko nadzieję, że nikt nie odpuści i nadal będzie ciekawy zakończenia misji na Isla Menor, bo nie chcę zostać z tym sama :C
Szczególne podziękowania dla toudiego, który chyba najbardziej wczuł się w to opko ;d dzięki, kolego, doceniam to, że mnie wspierasz ;))
Leżałem na płaskiej, twardej ziemi, na której musiałem zasnąć w nocy, a po mojej lewej stronie zostały resztki ze zgaszonego ogniska, któremu najwyraźniej brakło żaru tuż nad ranem. W moich ramionach wciąż spała spokojnie GoGo, opierając głowę o mój tors. Jej ciche chrapanie skojarzyło mi się z mruczeniem kota - był to jedyny dźwięk, który słyszałem, nie licząc głośnego chrapania Wasabiego, które z powodzeniem zagłuszało moją przyjaciółkę. Zawsze, gdy trzymałem w ramionach GoGo, miałem bardzo dziwne poczucie. Zdawała mi się taka krucha i delikatna, jakby tam w środku nie była tą samą odważną i pewną siebie dziewczyną, ale tą GoGo, która cierpiała po śmierci mamy i po zerwaniu z Ithanim. Żałowałem, że wtedy nie mogłem być przy niej, choć i tak pewnie nie mógłbym jej pomóc, ale sam wiem, że w takich chwilach ważna jest czyjaś obecność. Akurat w tych sprawach miałem spore doświadczenie.
Usiadłem wolno, jednocześnie kładąc głowę GoGo na moim plecaku, żeby nie musiała cierpieć na te same niewygody co ja, śpiąc na ziemi. Reszta przyjaciół była także pogrążona w śnie, nie przejmując się już niczym, jakby to, co przeżyli w nocy było tylko snem. Ja jednak pamiętałem to dokładniej. Myśli te nie dawały mi spokoju. Co jest z tą przeklętą wyspą?
Obejrzałem jeszcze raz obóz i poszedłem z wolna w kierunku szumiącej nieopodal rzeki. Nie musiałem iść daleko - tuż za kilkoma drzewami i przesiąkniętymi wilgocią roślinami sięgającymi do moich łokci ujrzałem pomarszczoną taflę nurtu rzeki, która dawała ukojenie moim oczom, które tej nocy nie spały zbyt dobrze.
Przysiadłem przy brzegu i dotknąłem zimnej wody, dzięki której natychmiast poczułem, gdzie się znajduje. To nie jest sen, Hiro, pomyślałem. I lepiej to na wszelki wypadek zapamiętać. Zanurzyłem całe dłonie w wodzie i obmyłem sobie moją twarz, orzeźwiając się z rana jak po mocnej kawie. Choć wyspa była dziwna, to czystość powietrza wpływała na mnie kojąco. W końcu to co innego niż zaśmiecone ulice San Fransokyo, nad którymi unosił się gęsty smog.
- Witaj, Hiro - usłyszałem za sobą głos Baymaxa, gdy tylko usłyszałem, jak robot się zbliża. Obróciłem się do niego z uśmiechem, przypominając sobie, że przecież robot nie sypiał, o czym często zapominałem, traktując go jak jednego z nas.
- Cześć, Baymax. Jak po wczorajszej nocy?
- Nie jestem pewien. Zbadałem moją bazę danych, ale nie potrafiłem wytłumaczyć tego, co się wczoraj działo.
- To tak jak ja - mruknąłem, siadając na rosnącym pod gałęziami wysokiego dębu mchu. - GoGo chyba ma rację, choć sam nie potrafię uwierzyć, że to mówię.
Baymax spojrzał w bok na leżący przy jego stopie kamień, po czym obszedł go mechanicznym ruchem i usiadł na nim, wpatrując się we mnie.
- Badałem tą wyspę i wyszukałem dwójkę ludzi, którzy znajdują się kilka staj... - zaczął robot.
- To wiemy - przerwałem mu.
- Hiro, oni znajdują się przy wybrzeżu. Tam jest koniec tunelu i tam się ukrywają.
Otworzyłem szeroko oczy, patrząc na Baymaxa chciwie, chcąc więcej informacji. Przy wybrzeżu? Jak to możliwe, że tunele sięgają aż tak daleko?
Woda uderzała wciąż w skały, rozchlapując się dokoła, ale nie przeszkadzał mi jej chłód. Cieszyły mnie zarówno czyste powietrze, jak i różne odcienie zieleni, roztaczające się dokoła mnie.
- Czyli wiemy już co robić - powiedziałem, wstając i wracając do obozu, by obudzić resztę.
Tak jak poprzednio w nocy, najtrudniej było obudzić Freda, ale w końcu mi się to udało, gdy skłamałem mu coś na temat jedzenia. Honey ziewała wciąż, pocierając zmęczone oczy. Wasabi musiał wstać niedługo po tym, jak opuściłem obóz, bo już składał swoje rzeczy, patrząc na mnie wymownie. No tak, po takiej nocy nie ma się czemu dziwić. Wszyscy mieliśmy obawy.
Kiedy jednak budziłem GoGo, dziewczyna zerwała się z miejsca jak rażona prądem i uderzyła mnie pięścią w twarz, zanim zdołała w ogóle zauważyć, że się nad nią nachyliłem.
- Auuuu - stęknąłem, łapiąc się za policzek, który sięgnęła jej mocna pięść. Kurczę, naprawdę zaczynałem się zastanawiać, czy GoGo nie uprawiała kiedykolwiek boksu.
Widząc całą sytuację, nasi przyjaciele ryknęli śmiechem, a GoGo spojrzała na mnie z uczuciem wstydu i zdziwienia, jakby nie dowierzała, że to ona mi to zrobiła.
- Jeju, Hiro, przepraszam - jęknęła, wstając z twardej ziemi i otrzepując się. - Jesteś cały?
- Jeśli cię obudzę jeszcze kilka razy, to raczej nie będę - odparłem, krzywiąc się, kiedy GoGo obejrzała mój policzek.
- Ciekawa jestem, co pomyśli sobie twoja ciocia, jak wrócisz w takim stanie do San Fransokyo - powiedziała poważnie.
Cóż, miała rację. Honey może i miała złamaną nogę, ale ja byłem najbardziej pokiereszowany ze wszystkich. Co więcej, przez moją przyjaciółkę, pomyślałem z ironią. GoGo patrzyła na mnie z zakłopotaniem, jakby zastanawiała się, czy może coś jeszcze zrobić dla mojego policzka, w który od niej dostałem, czy lepiej zostawić go w spokoju.
- Strasznie przepraszam - syknęła, gdy oderwałem w końcu dłoń od twarzy, po czym uśmiechnąłem się do niej, chcąc ją uspokoić.
- Aż tak źle wygląda? - zapytałem, a Wasabi roześmiał się.
- Stary, jeśli ci, co uciekli biją tak jak Go, to jesteśmy w sporych kłopotach - odpowiedział za niego Fred, a wtedy każdy z nas się roześmiał.
Złożyliśmy szybko nasz obóz, przy tym opowiedziałem w skrócie o domysłach Baymaxa. Musieliśmy więc się dostać do tunelu, co mogło być dość niebezpieczne ze względu na małe pole manewru w sytuacji, gdy mielibyśmy walczyć. Poza tym myślę, że Honey też czułaby się lepiej, nie musząc potykać się o niewidoczne w ciemności kamienie w tunelu. Niestety, jeśli Baymax miał rację, a najpewniej tak było, to uciekinierzy naprawdę skrywali się w tunelach, co oznaczało, że przeszukiwanie wyspy było nonsensem.
- Znowu do tunelu? - westchnęła Honey z kwaśną miną. Czułem współczucie wobec przyjaciółki, ale nie widziałem innego pomysłu. Zostawienie jej na powierzchni wyspy było jeszcze głupszym pomysłem niż zmuszenie jej do wejścia pod nią.
Wasabi jednak zaskoczył mnie, podchodząc do blondynki i proponując jej swoją pomoc. Zapakowałem na Baymaxa bagaże Honey, a Wasabi wziął ją na barana. Wyglądali razem zabawnie, bo Honey miała wystarczająco długie nogi, by i tak zwisały nad ziemią, ale wyglądała, jakby się czuła lepiej.
- Nie jestem za ciężka? - jęknęła, a Wasabi zaprzeczył ruchem głowy ze śmiechem.
- Gdybyś nie miała figury modelki, mógłbym się martwić - powiedział z przekąsem, a Fred wyglądał, jakby ktoś walnął go pięścią w twarz. To się dzieje naprawdę, czy tylko mi się śni, pomyślałem, widząc rumieńce na twarzy Honey.
- Dobra, już dosyć tego migdalenia - mruknęła GoGo, przechodząc przez wysokie zarośla. - Bo nigdy nie skończymy tej misji.
- Myślałem, że ci się podoba - próbowałem ją rozwścieczyć jeszcze bardziej, idąc po jej śladach. Fred szedł tuż za mną, po nim Wasabi z Honey uczepioną na jego plecach, a pochód zamykał Baymax. - Zwłaszcza szczury w tunelach - zaśmiałem się, a GoGo rzuciła mi groźne spojrzenie ciemnych oczu, ale kąciki jej ust drgnęły w uśmiechu.
- Skończmy już lepiej temat szczurów - powiedziała, okrążając wejście dokoła. - Wasabi, masz tą linę?
- Mam, w plecaku. Chociaż... czekaj, spakowałem ją Baymaxowi. - odpowiedział przyjaciel, nie puszczając Honey ani na minutę. Jasna głowa przyjaciółki wyglądała zza jego silnego ramienia.
- Okej - odparła GoGo, przegrzebując plecak Baymaxa i szybko wyciągnęła z niego linę. - Baymax, tak jak wcześniej. Dasz radę?
- Nie ma problemu - odpowiedział robot, a ja zauważyłem, że wcześniej rzeczywiście robot także trzymał linę, by przyjaciele mogli po niej zejść. Zaoszczędzili wtedy czas, by zejść na dół, niekoniecznie zwracając uwagę na to, czy Baymax jest nam potrzebny. Poza tym tylko on, no, może z wyjątkiem Wasabiego, mógł przytrzymać linę, na której wisieli jego przyjaciele.
GoGo zsunęła się pierwsza, rzucając mi ponure spojrzenie, zanim zniknęła w ciemnościach tunelu. Potem ja złapałem się liny i zjechałem po niej na sam dół aż do miejsca, w którym lina się kończyła, a ja musiałem zeskoczyć, a było to jakieś pół metra nad podłożem.
Osunąłem się w głąb tunelu, słysząc ciche stąpanie w głębi ciemnego przejścia. Słyszałem już jak po linie zjeżdża Fred, ale zacząłem szukać spojrzeniem GoGo, chcąc znów ją zirytować.
- Go, to chyba szczury... - powiedziałem, ale odpowiedziało mi tylko echo. - GoGo? - spytałem, zapalając latarkę.
Fred zeskoczył tuż obok mnie i od razu zauważył moją wystraszoną minę.
- GoGo! - krzyknąłem, tym razem bardziej zaniepokojony niż przedtem. - GoGo, słyszysz mnie?
Zacząłem szukać przyjaciółki w szerokim przejściu, ale nie widziałem miejsca, w którym mogłaby się skryć. Miałem złe przeczucia. Dlaczego ja jako pierwszy nie zsunąłem się po tej cholernej linie?
- GoGo! - krzyczałem, idąc wciąż do przodu, zamartwiając się coraz bardziej.
- Co się stało? - zapytał Wasabi, który zdążył zejść już do tunelu, ale w tym samym momencie powiedział także Fred:
- Może ruszyła przodem?
Szedłem wzdłuż ściany, czując, że coraz bardziej się martwię. Nigdy sobie nie wybaczę, jeśli coś jej się stanie.
Nagle ktoś zaskoczył mnie od tyłu, wskakując mi na plecy i zakrywając usta. Zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć lub krzyknąć, usłyszałem słodki głos, szepczący mi do ucha:
- Chyba nie boisz się szczurów, Hiro?
Poczułem ulgę, wiedząc, że GoGo jest cała i zdrowa. Niemniej jednak musiałem także przyznać, że żart jej się udał. Mało brakowało, a całkiem bym spanikował. Na samą myśl czułem na twarzy rumieńce. GoGo zsunęła się z moich pleców, chichocząc. Żeby tylko wiedziała, ile się przez nią strachu najadłem, pomyślałem sobie ze wstydem.
- Pogięło cię całkiem? - syknąłem zamiast tego, a GoGo zaśmiała się głośniej. Fred przyłączył się do niej, rozmawiając o czymś za nami z Wasabim.
Przyjaciółka zamiast tego podeszła do mnie i ucałowała mnie w policzek, powodując u mnie jeszcze większe rumieńce.
- Nie gniewaj się, Hiro. - parsknęła, widząc moją zażenowaną minę, po czym zabrała mi z ręki latarkę, idąc przodem.
Tak, to właśnie GoGo. Czasem ma się ochotę ją zabić i pogrzebać w najgorszym miejscu, a czasem... Dobra, może lepiej nie będę się tym z wami dzielił. Ruszyłem za nią wolnym krokiem, starając się uspokoić moje myśli. Wciąż czułem ciepło na policzku, który pocałowała, to było chore. Zrobiła sobie ze mnie większy żart, niż mogła przypuszczać, pomyślałem z irytacją.
Szliśmy długo. Po chwili zrównali się ze mną Fred, Wasabi z Honey na plecach oraz Baymax, który zabrał linę i wleciał do tunelu na swoich silnikach. Wszyscy rozmawiali przyciszonymi głosami na różne tematy, zazwyczaj dotyczące fresków na ścianach przejścia. Chociaż już im o nich opowiadaliśmy, to najwyraźniej słyszeć o nich to jedno, a zobaczyć je na własne oczy to drugie. Honey nie raz zachwiała się, uczepiona pleców Wasabiego, gdy zauważyła kolejny przerażający obraz.
- Honey, wszystko gra? - spytał Fred, który najmniej ze wszystkich interesował się malowanymi ścianami, ale blondynka pokręciła przecząco głowa, patrząc w innym kierunku.
- Już nic - mruknęła smutno, przytulając się ciaśniej do Wasabiego, który nie za bardzo zwrócił na to uwagę.
Nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem iść szybciej, aż dogoniłem krokiem GoGo, która wciąż dzierżyła w dłoni latarkę i szła na przedzie grupy, kilka metrów od pozostałych. Fred zaśmiał się z tyłu z czyjegoś żartu, a po ścianach tunelu rozchodziły się głośne kroki Baymaxa, które pochodziły z jego twardych butów, do których umocowałem silniki. Już miałem zwolnić, zauważywszy mój błąd, gdy GoGo obróciła się do mnie i uśmiechnęła się ciepło.
Nie odpowiedziałem jej uśmiechem, starannie unikając jej spojrzenia, które znów zaczęło mnie hipnotyzować. Jak ona to do diaska robiła? Za każdym razem nie mogłem odwrócić od niej wzroku...
- Naprawdę aż tak się o mnie martwiłeś, Hiro? - zapytała, starając się mnie przebłagać samym uśmiechem. Jeszcze chwila i jej się to uda, pomyślałem ze zrezygnowaniem.
- A jak ci się wydaje? - warknąłem zamiast tego, udając, że zainteresowały mnie ściany tunelu.
GoGo natomiast wzruszyła tylko ramionami i obejrzała się w drugą stronę na malowane freski. Im więcej spędzałem z nią czasu, tym czułem się jednocześnie lepiej i gorzej. Lepiej, bo GoGo działała na mnie w ten sposób, że miałem ochotę skakać z radości, gorzej, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że jesteśmy tylko przyjaciółmi i tak zostanie. Dziwne zrządzenie losu, że też musiałem się zakochać we własnej przyjaciółce, pomyślałem i od razu wpadła mi do głowy myśl, co by się stało, gdybym zakochał się w Sam. Cóż, nasza przyjaźń trwała od niedawna i nie była tak silna, poza tym z Sam było inaczej. Naprawdę ciężko byłoby mi to sobie wyobrazić, bo za każdym razem, gdy spotykam się z Sam, jednocześnie myślę o GoGo.
- Hej, na tych freskach nie ma tylko scen walki - zauważył Wasabi przyciszonym głosem, a ja i GoGo stanęliśmy, by na nich poczekać. Dopiero teraz zauważyliśmy także inne freski. Dziwne, że każde z nas patrzyło na te ściany a i tak nikt z nas tego nie zauważył. - Popatrzcie.
Spojrzeliśmy na wskazany przez przyjaciela fresk i okazało się, że Wasabi rzeczywiście miał rację. Na ścianie namalowano trójkę ludzi klęczącą przed swoim przywódcą, który rozkładał ręce. Trzymał w nich zakrwawiony miecz i bicz, którym smagał swoich ludzi. Cały ten rysunek wydawał się dziwny, jakby coś w tej scenie nie pasowało.
- Oni mu się kłaniają - powiedziała GoGo, jakby głosząc nasze domysły. - Kto kłaniałby się takiemu władcy?
- Może to jakaś ideologia? - zaproponowała Honey, opierając głowę o ramię Wasabiego, który wciąż ją trzymał. - Może chcesz odpocząć? - zapytała go, ale ciemnoskóry pokręcił tylko głową.
- Przestań, nie jestem zmęczony.
- Albo religia - powiedziałem, a wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. - Popatrzcie na tło. Te światła. To nie jest normalne. Którego władcę przedstawiają lecącego w stronę chmur?
- Czy ja wiem... - zaczęła GoGo, ale zabrałem jej szybko latarkę i spojrzałem na kolejne freski. Zdumiewało tu coś jeszcze. Widziałem wzór w ułożeniu postaci. Wysoka postać na środku, dwie poniżej, po jego prawej i jedna po lewej stronie. Za każdym razem postacie stały w ten właśnie sposób. Co to oznacza?
- Spójrz. Tu jest to samo. Ten, kto trzyma broń, kto stoi nad rannymi czy słabszymi jest ukazany w świetle. Dalej sądzisz, że to ideologia?
- Ale nie masz żadnych dowodów na jakąś miejscową religię, Hiro - wtrąciła się Honey, kręcąc głową. - Równie dobrze to może być naprawdę idea, za którą poszli tubylcy.
- Jak chcecie - odpowiedziałem, wciąż przystając na swoim. Czułem, że tym razem instynkt mnie nie zawiedzie. Musiałem tylko rozgryźć ten wzór, według którego przedstawione były postacie. Widziałem to jako figurę geometryczną na tle płaszczyzny i starałem się zapamiętać, w jaki sposób została ułożona. Czułem, że to ważne.
Szliśmy dalej, wciąż spotykając mrożące krew w żyłach sceny. Co dziwne, wzór, który zauważyłem, pojawiał się tylko na freskach po mojej lewej stronie, po prawej zaś zazwyczaj ludzi było więcej i byli ukazani jako równi - czy to podczas walki, czy w historycznych scenach. Ich sylwetki zdawały się kruche i częściowo uszkodzone, ale zawsze osoba, która jak zauważyłem trzymała w dłoni ostrze bądź inny rodzaj broni, była ukazana jako wyidealizowana.
- Hiro... - zaczęła GoGo, przystając. Jej czarne brwi zmarszczyły się przy jednym z fresków.
- Co?
- Perspektywa - mruknęła przyjaciółka, a ja nie potrafiłem odgadnąć, o co jej chodzi.
- Co z nią?
GoGo obróciła się co mnie, mierząc mnie inteligentnym spojrzeniem jej ciemnobrązowych oczu, które lśniły w ciemności.
- Wskaż, która z postaci stoi najbliżej, sam zobaczysz.
Patrzyłem na fresk, który mi wskazała. Nie różnił się zbytnio od pozostałych, wciąż widziałem ten sam wzór z połączonych czterech punktów, którymi były sylwetki postaci. Tym razem człowiek pośrodku miał ciężką, powłóczystą szatę i jasne dłonie, w których także trzymał włócznię, którą wbijał w ciało sługi po prawej stronie. Stał w ten sposób tyłem do pozostałej dwójki, która mu się kłaniała. Osoba, w którą wbito włócznię jednak zdawała się być największa, choć skulona ze strachu bądź cierpienia, zaś dwójka sług, która kłaniała się mordercy, była różnej wielkości, choć stali obok siebie. Widząc to, nie mogłem ogarnąć, która z postaci stała najbliżej, a która najdalej, wszystko mi się mieszało i rozmywało, jakby fresk namalowany był w szale czyjeś ambicji.
Spojrzałem na GoGo, która uśmiechnęła się do mnie pewnie.
- Chyba coś jest nie tak - odpowiedziałem, a GoGo kiwnęła głową.
- Zaburzona perspektywa - odparła tonem znawcy. Nie sądziłem, że jest w tym tak dobra. - Nie wiem, kto to malował, ale musiał mieć spore zdolności i chciał w ten sposób coś przekazać.
- Tylko co? - zapytał Fred. - Uhuhu, ta sprawa robi się coraz bardziej ciekawa...
Szliśmy dalej przez następne kilka godzin, wciąż mijając freski. Nie sądziłem, że tyle ich tu znajdziemy. To tak, jakby ściany tunelu malowały setki pokoleń, nieznużone tymi samymi regułami. Im dalej jednak byliśmy od naszego prowizorycznego obozu, tym bardziej zastanawiał mnie ów wzór. Kto i po co chciałby umieszczać coś takiego na ścianach? To musiało mieć jakiś sens...
Jedna z rzeczy, których nauczyłem się w Instytucie to to, że każda czynność pełni jakąś funkcję, do czegoś zmierza. Nikt nie tworzy niczego bez podstaw, zawsze jest to ukierunkowane jakimś celem albo pragnieniem. Mogłem pomyśleć, że freski stanowiły tutejszą odmianę sztuki, jednolitą, ale pełną różnych symboli, ale nie wierzę w to, że ktoś malował w jeden sposób tylko dlatego, że komuś się to spodobało.
Kiedy nasz marsz trwał już którąś godzinę z rzędu i nawet Wasabi wydawał się zmęczony, choć starał się to umiejętnie ukrywać przed Honey, spotkaliśmy wreszcie rozwidlenie tunelu na dwa kierunki, prowadzące w całkiem różne strony.
- No to ładnie - mruknęła GoGo. - I co teraz? - spytała, zwracając się do mnie.
Spojrzałem na ściany niezbyt przychylnie i zerknąłem na freski, rozpoczynające się dokładnie w miejscach załamania ścian i rozwidlenia. W prawym kierunku wzór, który zauważyłem pojawiał się po prawej stronie, zaś sceny bitew pojawiały się po stronie lewej, czyli całkiem na odwrót, niż w tunelu, przez który szliśmy. Gdybyśmy jednak poszli na prawo, zachowalibyśmy tę samą kolejność - wzór po lewej, bitwy po prawej. Tak jakby prawy kierunek był kontynuacją tunelu, którym szliśmy.
Bez słowa ruszyłem w prawo, zastanawiając się, czy tylko to ukryte było we wzorze, czy czegoś nie przeoczyłem.
- Hiro, co ty robisz? - zapytał Wasabi. - Skąd wiesz, w którą iść stronę?
Odetchnąłem i zacząłem tłumaczyć przyjaciołom to, co zauważyłem. Jak zwykle nie byli przekonani, uważając, że moje przypuszczenia to za mało, by ruszyć wybraną stroną i zaczęli się wykłócać, by zyskać pewność, albo chociaż sprowokować mnie do przemyślenia. Mimo to uwielbiałem ich za to. Czasem potrzebowałem wysłuchać opinii innych, niż robić wszystko na własny rachunek.
Wasabi położył Honey pod ścianą, gdzie przyjaciółka mogła zająć się swoją nogą i zmienić bandaż, a sam usiadł obok. Fred także skorzystał z chwili odpoczynku, kładąc się bez najmniejszego wstrętu na kamiennych płytach tunelu, na którego ścianach wymalowano tak brutalne scenerie.
- Hiro ma rację - uznała w końcu GoGo, gdy zbadała dokładnie różnice położenia we freskach. - Z której strony byśmy nie przyszli, kierunek prowadzi w tę stronę - wskazała na tunel, do którego już na początku chciałem iść.
- Ma ktoś zegarek? - zapytałem, a Wasabi od razu zerknął na swój nadgarstek, po czym zaniemówił.
- Co? - spytałem go, poważniejąc.
- Spędziliśmy w tunelu prawie cały dzień - odparł, patrząc na każdego z osobna. - Jak..?
- To wina ciemności - podsunęła GoGo. - Nie widzimy położenia słońca.
- Pewnie tak - mruknąłem, ziewając głośno. Miałem ochotę paść na miękki mech, który zostawiliśmy na powierzchni wyspy wśród gęstego lasu. - Odpocznijmy tutaj - zaproponowałem, na co moi przyjaciele przytaknęli z przyjemnością.
Oparłem się o kamienną ścianę, przedstawiającą kolejną krwawą scenę, ale bynajmniej mi to nie przeszkadzało, kiedy powieki same mi się kleiły. Zanim jeszcze zdążyłem zasnąć, usłyszałem chrapanie Wasabiego i rozmowy Honey i GoGo, które pomimo że mówiły szeptem, to słyszałem każde ich słowo.
Byłem o krok od snu, gdy usłyszałem, jak wymawiają moje imię. Postanowiłem posłuchać, nie otwierając oczu, co pewnie i tak by mi się nie udało, bo byłem na to zbyt zmęczony. Jednak moja ciekawość przezwyciężyła sen.
- Hiro może mieć rację co do tych fresków - mruknęła GoGo z niezadowoleniem. Tak właśnie myślałem, że nie powiedziałaby mi tego wprost.
- Naprawdę tak myślisz? - zapytała Honey, która pewnie czuła się opuszczona w swojej teorii o tym, że mieszkańcy mogli mieć własną ideologię.
- Też to zauważyłam. - odpowiedziała GoGo, po czym chyba zawahała się. - I zauważyłam coś jeszcze. Postacie są przedstawione w pewien sposób. Coś na kształt... Wzoru.
- Czemu nie powiedziałaś o tym Hiro? - zapytała ją Honey niecierpliwie, jakby zła na to, że ona nie zwróciła na to uwagi.
- Pewnie już to wie - mruknęła GoGo, a Honey zachichotała. Musiałem się wysilić, żeby się nie uśmiechnąć i nie wydać, że słyszę ich rozmowę. Chrapanie Freda jednak przeszkadzało mi coraz bardziej w słuchaniu rozmowy dziewczyn. Przynajmniej Wasabiemu to nie przeszkadzało, który spał jak małe dziecko.
- Kiedy mu powiesz? - zapytała jeszcze ciszej Honey. Miałem wrażenie, że już nie mówi o wzorze...
- Nigdy - warknęła GoGo, nawet nie próbując zachowywać się cicho. - Dobrze wiem, co o tym myśli.
- Powinnaś mu powiedzieć - odparła spokojnie Honey, starając się ją uspokoić. Najwyraźniej bezskutecznie.
- O czym? To nie jego sprawa.
- To czemu to przed nim ukrywasz?
Dziwnie się czułem, wciąż nie wiedząc, o co im chodzi. Miałem nawet ochotę się zdemaskować i spytać wprost, ale pomyślałem, że mógłbym tym tylko wszystko zepsuć. Poza tym zawsze istniała szansa, że w końcu w toku rozmowy wywnioskuję, o co chodziło.
- Bo mu obiecałam, że nie będę brać udziału w wyścigach - syknęła nagle GoGo, a ja poczułem, jak uginają się pode mną nogi. A więc jednak... - Dopóki rysuję ani on, ani mój ojciec nie nabiorą podejrzeń.
- To nieuczciwe...
- Wiem, ale co mam robić? Nie ich sprawa, co robię...
- Ale oni się o ciebie martwią, Go - skończyła Honey, mówiąc stanowczo. - Zwłaszcza Hiro.
- Właśnie dziwię się, czemu. - prychnęła GoGo, a blondynka westchnęła cicho, jakby z rozbawieniem.
- Już ci mówiłam, czemu, ale ty dalej w to nie wierzysz. Zapytaj go, to usłyszysz odpowiedź. - zaproponowała jej Honey, ale GoGo znów prychnęła pod nosem, kwestionując jej radę i chyba położyła się na zimnej posadzce, bo ich rozmowa już się skończyła.
Chociaż niewiele wywnioskowałem z tej rozmowy, a zwłaszcza z jej końca, to byłem już pewien, że GoGo znów brała udział w nielegalnych wyścigach. Obiecała mi... pomyślałem ze smutkiem. Czułem się oszukany, choć z drugiej strony nie sądziłem, że byłaby do tego zdolna. Wiem, że kocha motoryzację, ale mogła być ze mną szczera. Poza tym chyba najbardziej obawiałem się, że w tych niedostępnych dla innych mieszkańców osiedlach i skwerkach mogłaby znów spotkać Ithaniego bądź jego kumpli. Doskonale pamiętałem spotkanie z nimi i widziałem, że nie darzą mojej przyjaciółki sympatią. Oby tylko się w nic nie wpakowała...
Wiem że nudny ten rozdział, ale inaczej tego zapisać nie mogłam :pp mam tylko nadzieję, że nikt nie odpuści i nadal będzie ciekawy zakończenia misji na Isla Menor, bo nie chcę zostać z tym sama :C
Szczególne podziękowania dla toudiego, który chyba najbardziej wczuł się w to opko ;d dzięki, kolego, doceniam to, że mnie wspierasz ;))
Subskrybuj:
Posty (Atom)



